Obserwatorzy

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Queen Helene - Mint Julep Masque

Wybaczcie, że ostatnio nie ma swatchy nowych lakierów, ale pogoda jest okropna i niesamowicie przekłamuje kolor, więc póki co nie ma sensu robienie zdjęć lakierów.
Z tego też powodu dzisiaj przybywam z recenzją maseczki do twarzy firmy Queen Helene, która niegdyś święciła triumfy w internecie. Jak jest obecnie, nie mam zielonego pojęcia.


Kupiłam ją z czystej ciekawości. Ot, pewnego dnia postanowiłam kupić sobie jakąś lepszą maseczkę. Wybór padł na tą, zwłaszcza, że miałam 20% rabatu do sklepu internetowego, w którym ją kupowałam. 227 g tej maseczki kosztował mnie więc około 17 zł (nie licząc przesyłki), co uważam za świetną cenę, jak za taki produkt.
Masczka ma dość zbitą konsystencję i mam wrażanie, że troszkę zasycha w tubce, jednak nie powoduje to większych problemów z jej wydobyciem.
Jeśli zaś chodzi o jej zapach, to wiem, że niektórym może nie odpowiadać,gdyż pachnie jak miętowa pasta do zębów. Mi to tam w tym wypadku nie przeszkadza, choć na co dzień nie znoszę zapachu, ani smaku mięty.
Kolor.. wiadomo, jest jasnozielona, co mi też nie przeszkadza. Wręcz mi się podoba to, że ma taki kolor. 


Jeśli zaś chodzi o jej działanie to ja jestem zachwycona. Kiedy maseczka wysycha czuć takie przyjemne ściąganie skóry. Po jej zmyciu to uczucie przez krótki czas się utrzymuje, jednak nie jest to jakieś uciążliwe. Skóra jest zdecydowanie odświeżona i zdrowiej wygląda. Jedynym minusem dla mnie jest to, że maseczka strasznie wysusza mi policzki (mam cerę mieszaną), jednak tuż po niej używam kremu i wtedy już jest wszystko w porządku. Producent zapewnia, że Mint Julep także oczyszcza i zamyka pory, co zdecydowanie potwierdzam. Mój nos (czyli moja zmora), po jej zastosowaniu wygląda o niebo lepiej. Wydaje mi się także, że maseczka wyrównuje koloryt mojej skóry, jednak nie wykluczam, że to tylko złudzenie.

Dla ciekawych, wklejam jej skład: Distilled Water, Kaolin, Bentonite, Glycerin, Zinc Oxide, Propylene Glycol, Sulfur, Chromium Oxide Greens, Fragrance, Methylparabe. 

Maseczkę kupiłam  TUTAJ (po polubieniu tego sklepu na facebooku i po wysłaniu maila bodajże, przesyłają rabat 20% na całe zakupy). Można ją także dostać na allegro. Istnieją dwie wersje opakowania: 227 g i 57 g. Oczywiście większa się bardziej opłaca, jednak jeśli ktoś nie jest pewny, co do zapachu chociażby, polecam zamówienie mniejszej wersji.


Wybaczcie, jeśli trochę niezbyt składnie tego posta napisałam, ale mam naprawdę podły humor po tym, jak dzwoniłam dziś do wszystkich kurierów u mnie w mieście, w sprawie wysłania roweru, który sprzedałam, a oni wyznaczali mi niebotyczne ceny za przesyłkę. No bo wybaczcie, ale jak pewna firma mi powiedziała 218 zł za przesyłkę, to mnie lekko zamurowało....

2 komentarze:

  1. Kiedyś chciałam kupić tą maseczkę, jednak nie lubię robić zakupów w internecie, ponieważ muszę prosić rodziców lub braci, żeby zapłacili, bo sama nie mam konta internetowego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, znam ten ból. Też tak kiedyś miałam. A teraz.. cóż.. uwielbiam zakupy przez internet:)

    OdpowiedzUsuń