Obserwatorzy

czwartek, 28 kwietnia 2011

Słów kilka o moich najnowszych nabytkach...

Ostatnimi czasy doszły do mnie wszystkie produkty, których tak wyczekiwałam. Jako że nie mam ich zdjęć postanowiłam chociaż trochę o nich wspomnieć. Oczywiście ich zdjęcia, swatche i dokładne recenzje na pewno się jeszcze pojawią.

Po raz pierwszy zamówiłam lakiery marek Orly i Models Own. Jeśli chodzi o tą pierwszą markę to zdecydowałam się na miniaturki (5,3 ml) Ancient Jade i Silk Sapphire. Jestem z nich bardzo zadowolona. Świetne kolory (zwłaszcza Ancient Jade), szybkie schnięcie, dobry pędzelek (czym jestem mile zaskoczona) i doskonałe krycie już przy dwóch warstwach. Szczerze mówiąc (a raczej pisząc) spodziewałam się, że do Ancient Jade będę potrzebowała aż trzech wartsw i że będzie smużył, jednak nic takiego nie ma miejsca. Zapewne jeszcze skuszę się na jakiś, tym razem pełnowymiarowy, produkt tej firmy.

Jeśli zaś chodzi o lakier Models Own to zdecydowałam się na kolor Nude Beige i jestem troszkę rozczarowana. Ciężko jest opisać kolor bez zdjęć, jednak on wpada raz w beżowo-szary raz bardziej w róż na moich dłoniach. Żaden z tych efektów mnie nie zachwyca, gdyż takich nudziaków wpadających w róż mam już sporo, zaś przy tym beżowo-szarym moje ręce wyglądają lekko trupio. Wydaje mi się też, że lakier jest strasznie gęsty, jednak jego aplikacja nie sprawia problemów. Co mnie zdziwiło to to, że lakier dotarł do mnie szczelnie zapakowany, owinięty bodajże fabryczną taśmą, a gdy go odkręciłam okazało się, że lakier jest wylany na bokach. Nie mam pojęcia jak to się stało. Jakieś czary;) Ogółem firma ta nie podbiła jakoś mojego serca i nie wiem czy skuszę się jeszcze na jakiś lakier od nich.

Zamówiłam też dwa OPI: Chocolate Moose i Dutch Tulips. Co prawda zamiast tego drugiego miało być 20 Candles on My Cake, jednak okazało się, że kupiłam ostatnią sztukę i uległa ona jakiemuś wypadkowi, więc mogłam dostać zwrot pieniędzy, albo wybrać co innego. Wiadomo: wybrałam inny kolor;) O tych lakierach już się rozpisywać nie będę, bo na moim blogu nie są żadną nowością

Nowością są dla mnie natomiast kosmetyki marki Skinfood. Cóż, muszę przyznać, że uległam ogólnemu szałowi na kosmetyki azjatyckie. Po obejrzeniu kilku fimików na Youtube mój wybór padł na dwa już prawie że kultowe, a już na pewno najbardziej rozchwytywane, kosmetyki firmy Skinfood: matujący puder z serii Peach&Sake i korektor pod oczy Salmon Concealer. Stwierdzam krótko: jestem zachwycona. Zwłaszcza pudrem. Korektor też jest świetny, jednak na początku byłam lekko rozczarowana. Dopiero po porównaniu polegającym na tym, ze pod jednym okiem go mam, a pod drugim nie, stwierdziłam, że jednak widać różnicę. Więcej zdradzać nie będę gdyż chcę zrobić recenzję tych kosmetyków ze zdjęciami, a gdybym teraz o nich się bradziej rozpisała, nie miałoby to sensu. Tego rodzaju kosmetyki są jednak dla mnie nowością, gdyż w ogóle się nie maluję. Nic a nic. Nawet na jakieś specjalne okazje. Ostatnio, oglądając zdjęcia koleżanek na różnych portalach, stwierdziłam też, że jestem trochę jak kosmitka, bo mimo że mam prawie 21 lat to się nie maluję i w dodatku nigdy nie zafarbowałam włosów. Nie myślcie jednak, że się z tego powododu Wam skarżę czy żalę, gdyż wcale jakoś mi to nie przeszkadza, a wręcz odpowiada;)
Z firmy Skinfood zamówiłam także (u innego sprzedającego) miniaturki BB kremów. To moja pierwsza styczność z tymi kremami i jestem bardzo zadowolona. Bałam się, że będą jakieś bardzo kryjące, jednak na szczęście tak nie jest. Co prawda widać je na twarzy, ale efekt jest bardzo naturalny, na czym mi bardzo zależało. Oczywiście na ich większą recenzję też przyjdzie pora...



Oczywiście jak zwykle się rozpisałam. Takie już ze mnie gadatliwe stworzenie...
Na koniec wspomnę jeszcze że polecam zakupy na ebayu. Ceny są bardzo dobre, a zakupy tam wcale nie są takie skomplikowane jak się wydaje:)
Zwłaszcza jeśli chciałybyście coś z azjatyckich kosmetyków to polecam. Często sprzedawcy mają przesyłki gratis (jak ci u których ja kupowałam), a ceny są dużo niższe niż np na allegro, gdzie swoją drogą ostatnio widziałam jak owy puder ze Skinfooda który ja kupiłam za 45 zł, ktoś kupił tam na licytacji za 91 zł + przesyłka. W dodatku jeden ze sprzedawców u którego ja kupowałam dorzucił mi gratis dwie próbki BB kremów Skinfood'owych (które już posiadam, więc dorzucę je pewnie do rozdania, kiedy będę je organizować) oraz jakąs maseczkę, na twarz która jest pod postacią jakiejś szmatki nasączonej czymśtam;) Jestem jej bardzo ciekawa, jednak na razie będzie musiała ona poczekać, aż odzyskam aparat, gdyż chcę też temu dziwakowi zdjęcia porobić:)


A na mojej wishliście zamiast pozycji ubywać, to ich przybywa. Eh, my kobiety...:)

I znowu rozdania:)

Dzisiaj przychodzę z kolejną porcją rozdań. Spróbujcie swoich sił i Wy, bo warto:)


1.  Urban rozdaje. Do zgarnięcia dwa lakiery Essie z najnowszej, świetnej kolekcji Braziliant.

 
Rozdanie trwa do 12 maja.
Po szczegóły klikajcie TU!


2. Hexxana też rozdaje. Do wygrania dwie nagrody. Obydwie równie świetne, zresztą zobaczcie same:)


Rozdanie trwa do 26 maja.
Jeśli chcecie także wziąc udział klikajcie TUTAJ!


3. Pierwsze rozdanie Alek. Sama pisze, że przygotowała małe rozdanie, jednak takie małe to ono nie jest:) Do wygrania są trzy nagrody.

Nagroda pierwsza:

Nagroda druga: 

Nagroda trzecia:

Zgłaszać się można do 21 maja.
Szczegóły znajdziecie TU!



Powodzenia życzę więc i Wam i sobie:)

środa, 27 kwietnia 2011

Taka moja dygresja...

Aparatu rodziców póki co nie udało mi się dorwać, więc zdjęć żadnych nie zamieszczam. Może uda mi się to w najbliższym czasie zmienić.
Wybaczcie, ale żadnych życzeń świątecznych nie umieszczałam tutaj, gdyż nienawidzę składać życzeń ( i kiedy mi są składane). Po prostu nie umiem tego robić. Poza tym ludzie z którymi miałam styczność w święta byli jacyś jeszcze gorsi niż na codzień...
Niesamowicie podłamana byłam, gdy jechałam autobusem w niedzielę (24 kwietnia) i na jednym przystanku pan kierowca się zatrzymał, bo czekał na zmiennika, który miał wsiąść za niego. Oczywiście pana nie było i czekaliśmy 5 minut (maksymalnie) na przystanku aż pan się pojawi. Oczywiście już pewne bardzo "miłe" panie (które sądząc po eleganckim ubraniu i miejscu w którym wsiadały, wracały prosto z kościoła) musiały przez ten czas  wszcząć raban. "Bo czemu on nie jedzie? Ja się śpieszę, nie mam czasu na czekanie" itd. Panie wielce oburzona. Panie, które nie mają czasu, chociaż nie muszą w ten dzień pracować, jak ów biedny kierowca. No ale cóż.. one nie mają czasu. Jak w święta nie mają czasu, to ja nie wiem, jak one się czasowo wyrabiają na codzień. Po prostu brak słów. 


A przed świętami w markecie wpychanie się przed człowieka, wjeżdżanie człowiekowi wózkiem w tyłek (jak to mnie niesamowicie denerwuje!), bitwy o miejsce parkingowe (bo przecież trzeba stanąć jak najbliżej wejścia - inaczej nam korona z głowy spadnie) oraz ludzie jacyś tacy bardziej sfustrowani (czyżby to wina świątecznych porządków?).
Chyba jeszcze nigdy o tym nie wspominałam, więc teraz o tym napiszę. Nie znoszę zakupów. A raczej: nie znoszę ludzi na zakupach. Ogólnie, cóż, nie przepadam za ludźmi. Możliwe, że wynika to z tego, że miałam z nimi jakiś czas styczność stojąc po drugiej stronie kasy (lady?). Przekonałam się jacy niektórzy są chamscy i niewychowani. Jak się uważają za dużo lepszych od innych (co mnie najbardziej śmieszyło). Jak myślą, że pieniądze to wszystko. Jak współczują Ci, chociaż tak naprawdę nie mają czego. Tak, to mnie najbardziej śmieszyło, bo byłam zadowolona z życia a oni myśleli, że ja jestem nieszczęśliwa, sfrustrowana. Cóż.. widocznie mierzyli mnie swoją miarą;)
Od tego czasu zdecydowanie zmieniło się moje nastawienie. Nie rozumiem więc ludzi, którzy krzyczą na kasjerkę, że czemu ich karta nie przechodzi, chociaż nie jest to jej winą. Nie rozumiem dlaczego niektórym nie chce się nawet odnieść na miejsce tacy z KFC po skończeniu posiłku. Nie rozumiem jak można zostawić w przymierzalni stertę ubrań, nie wieszając ich nawet na wieszaku, nie mówiąc o odłożeniu na właściwe miejsce. Nie rozumiem wielu zachowań i nigdy nie zrozumiem.
Dlatego też tak uwielbiam zakupy przez internet. Zwłaszcza, że nigdy żadna paczka mi nie zaginęła (i oby tak zostało!), mam lekką obsesję na punkcie "niemacanych" rzeczy (a zakupy internetowe dają mi przynajmniej takie złudzenie "niemacania", bo wiadomo, że nigdy niczego nie można być pewnym), a mój listonosz jest naprawdę bardzo miły i nigdy nie miałam z nim problemów jakichś. Podobnie zresztą jest z paniami na poczcie. Jak widać więc odbieranie przesyłek jest dla mnie czystą przyjemnością:)



To teraz taka bardziej kosmetyczna część dygresji:)
W końcu i do mojego miasta doszły nowości z Essence. Oczywiście czarnego lakieru pękającego już nie było, gdy to odkryłam. Pudrów z Blossoms etc. także brak (aczkolwiek te mnie nie interesowały). Poza tym cała limitowanka była, jednak nic nie chwyciło mnie za serce. Z serii Colour&Go widziałam parę fajnych kolorów, ale mi się źle nakłada te lakiery, więc nic mnie nie kusiło.

W Rossmannie natomiast znalazłam nowe kolory lakierów Lovely Crystal Strength. Moje serce podbił jeden ciemnoniebieski kolor oraz zielony w stylu OPI Who The Shrek Are You, którego mam miniaturkę, więc wiadomo.. lepiej mieć podobny kolor już na zapas bo jeszcze się z takim nie spotkałam. 
Znalazłam też aptekę, w której mają odżywki Biovax oraz maseczki i inne takie firmy Himalaya.. Źle się stało, że ją znalazłam, oj, źle.. Zapewne po jakimkolwiek zastrzyku gotówki będzie można mnie tam znaleźć;)
W dalszym ciągu czekam też na wszystkie moje zakupy ebay'owe i asos'owe. Przyznam, że się niecierpliwię....
Porobiłam też sobie cudowną listę z planowanymi wydatkami w przyszłym tygodniu. Mam zamiar się jej trzymać i kupować tylko rzeczy z tej listy. Zobaczymy jak mi to wyjdzie...;)



Ah i tak zupełnie na koniec: "załamałam się" dziś, bo mój chłopak waży mniej ode mnie. Co prawda to tylko 3 kg, ale jednak. Dlatego więc postanawiam zrzucić 5 kg, co z moim zamiłowaniem do słodyczy będzie nie lada wyzwaniem....


Się dziś rozpisałam. Przepraszam, nie myślałam, że to aż takie długie wyjdzie. Myślę jednak, że to jedyna taka notka, która się tu pojawi, więc to biorę na usprawiedliwienie tego długaśnego wpisu:)

piątek, 22 kwietnia 2011

Mypa - Cocoa - Shea Butter Body Cream

Dzisiaj przychodzę z pierwszą, ale zapewne nie ostatnią na tym blogu, recenzją masła do ciała. Masła do ciała są moimi ulubionymi kosmetykami, zaraz za lakierami do paznokci. Nie odczuwam jednak potrzeby posiadania ich aż w takiej ilości, jak lakierów;)


Masło to kupiłam już jakiś czas temu w Drogerii Natura. Wydaje mi się zresztą, że tylko tam jest marka Mypa dostępna, jednak mogę się mylić. Masło ma pojemność 100 ml. Kosztowało, z tego co pamiętam, coś około 10-12 zł.


Jak widać na zdjęciu powyżej mój egzemplarz już jest na wykończeniu. Zdanie o nim mam więc wyrobione już jakiś czas. Co więc o nim mogę powiedzieć.. Cóż, przyznam, że jak dla mnie, jego największym plusem jest zapach. Pachnie wprost nieziemsko. Znaczy: nieziemsko słodko. Zapach ten towarzyszy mi dłuuugi czas, jednak nie jest dla mnie męczący w żaden sposób. Sądzę jednak, że dla niektórych osób, jak na lato, zapach ten może być zbyt przytłaczający...
Z jego wydajnością jest kiepsko. Ma typowo maślaną konsystencję, topornie się rozprowadza, więc trzeba go dość sporo nabierać.
Jeśli zaś chodzi o same właściwości, to owszem, wg mnie nawilża świetnie. Pozostawia jednak po sobie taką tłustą warstewkę, która się utrzymuje do czasu, aż jej z siebie nie zmyjemy. Mnie ta tłusta powłoka właśnie, niesamowicie drażni. Właściwie w zimie jest to ok, zniosę to dzielnie, jednak w okresie wiosennym, czy letnim, jest to dla mnie niewybaczalne.

Czy kupię to masełko ponownie? Raczej nie. Są lepsze masła do ciała w tej cenie, o większej pojemności. Gdyby jednak trafiła się mi jakaś super-mega-hiper promocja na nie, to kto wie... Możliwe że skusiłabym się wtedy dla samego jego zapachu;)



Oddałam dziś w końcu aparat na gwarancję. Niestety wiąże się to z tym, że nie będę miała czym robić zdjęć przez najbliższe dwa-trzy tygodnie. Może uda mi się pożyczyć czasami aparat rodziców, jednak nie wiem co z tym będzie. Jeżeli jednak przez ten okres nie będą się pojawiać żadne notki na moim blogu, to nie martwcie się, powrócę ze zdwojoną siłą;)
Ze zdwojoną siłą zwłaszcza, że leci do mnie 5 nowych, cudownych lakierów, kremy BB i inne cuda, których już się doczekać nie mogę;)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Kolejne rozdania. Znów cuda do wygrania:)

Przed świętami wysyp giveaway'ów. Oto te, które ja Wam polecam i w których sama biorę udział.


 1. Rozdanie u Cammie. Do wygrania kosmetyki jednej z moich ulubionych marek, czyli The Body Shop'u.


Rozdanie trwa do 30 kwietnia.
Szczegóły TUTAJ!



2.Rozdanie przygotowała też Kobieta od podszewki. Tutaj też klasyka; The Body Shop, Mac, Sleek.



Rozdanie trwa do 18 maja.
Po szczegóły klikać TU!



3.Kolejne rozdanie, aby przełamać pierwsze lody zorganizowała AgathaRueDeLaPrada. Także same smaczne kąski. Sprawdźcie same zresztą:)



Rozdanie trwa do 30 kwietnia.
Szczegóły znajdziecie TUTAJ!



Pamiętajcie dziewczyny, że szczęściu trzeba pomóc, więc jak najbardziej Was zachęcam do brania udziału w rozdaniach:)

sobota, 16 kwietnia 2011

Biedronka, ach biedronka...

Dzisiaj notka o moim poszukiwaniu zmywacza do paznokci, który nie będzie mnie zabijał zapachem. Oto więc przedstawiam swojego faworyta. Zmywacz do paznokci z Biedronki.



Kupiłam go zachęcona komentarzami na jego temat, które przeczytałam bodajże na wizażu. Początkowo w planach miałam zakup zmywacza z Eurofashion (na który kiedyś się zresztą skuszę), jednakże po raz kolejny moja zdolność trwonienia pieniędzy dała o sobie znać, więc musiałam wybrać jakąś tańszą alternatywę. Nailty nią właśnie był, gdyż za buteleczkę mieszczącą w sobie 200 ml, zapłaciłam coś około 3,50 zł.
Prawda jest taka, że nie mam żadnych wygórowanych wymagań wobec zmywacza do paznokci. Ot, ma spełniać swoją rolę, jaka przypisana jest mu z samej już nazwy. Gdy  jeszcze do tego nie cuchnie niemiłosiernie, to już jestem wniebowzięta. Ten zmywacz te wszystkie wymogi spełnia. Moje lakiery zmywa bez większego problemu (aczkolwiek pamiętajcie, że mam same kremy), a jego zapach mi bardzo odpowiada. Może powiedzenie, że "ładnie pachnie" byłoby trochę na wyrost, bo zmywacz zawsze będzie miał swój specyficzny zapaszek (zresztą lakier tak samo), jednakże jego zapach w ogóle mi nie przeszkadza. Wręcz go lubię. Zwłaszcza kiedy zostaje na płytce paznokcia. Wtedy naprawdę mogę przez kilka minut siedzieć z dłońmi podsuniętymi pod sam nos i wdychać ten uroczy zapaszek, który po zmyciu lakieru zostaje.
Czy jest wydajny? Cóż.. kupiłam go gdzieś pół miesiąca temu. Jak już wspominałam dość często zmieniam kolor paznokci. W dodatku notorycznie zdarza mi się pomalować paznokcie, a potem zostać "zaatakowaną" przez jednego z moich psów, który sprawia, że cała zabawa zaczyna się od początku. Jak widzicie zostało mi gdzieś z pół butelki, więc wg mnie z jego wydajnością nie jest źle...

Aktaulnie mam jeszcze na stanie bezacetonowy zmywacz od Isany (125 ml) oraz bezacetonowy zmywacz o zapachu truskawki firmy Sensique (50 ml). Obydwa również dobrze zmywają lakier (Isana chyba sobie trochę lepiej radzi niż Sensique), jednak ich zapach jest dużo gorszy od Nailty. O ile Isanę jestem w stanie używać, o tyle tego drugiego po prostu nie tykam. Jak dla mnie ma strasznie.. kwaśny zapach. Ok, zapach nie może być chyba kwaśny, jednak ja tego nie umiem inaczej określić. Nie mogę go znieść wręcz. Przyznam jednak, że miałam jeszcze inny zmywacz od Sensique. Bodajże różowy, o zapachu melona/arbuza/mango. Już sama nie pamiętam czego. Jednak, wracając do meritum, ten różowy zmywacz miał zapach niesamowity. Też mi bardzo odpowiadał. Jednak.. 50 ml kosztowało coś ok 1,5, więc zakup biedronkowego zmywacza jest bardziej ekonomiczny:)




PS. Mam dziś wyśmienity humor, bo leci do mnie troszkę nowych rzeczy. Jak przyjdą będą recenzje. Nie wiem jednak czy nie będzie jakiejś przerwy w notkach, gdyż muszę oddać aparat na gwarancję. Mam nadzieję, że gwarancję pozytywnie rozpatrzą i go naprawią. Niby to bzdura, bo zepsuł mi się.. wtyk na kartę pamięci, przez co karta nie zostaje "uwięziona" w środku, tylko ciągle wypada. Od kilku dni robiąc zdjęcia muszę więc przytykać palcem klapkę ją osłaniającą, co jest dość uciążliwe. Oczywiście o robieniu zdjęć samowyzwalaczem np, nie ma mowy w takim wypadku. Jak same więc widzicie, jest to błahostka, jednakże skutecznie człowieka odciąga od robienia zdjęć...Cóż.. zobaczymy, co z tym będzie.

czwartek, 14 kwietnia 2011

NOTD: Jumpy nr 176

Chociaż Kreme de la Kremlin trzymał się jeszcze bardzo dobrze dziś na moich paznokciach, to jedna naszła mnie ochota na przetestowanie któregoś z lakierów Jumpy. Padło na nudziaka, czyli Jumpy o numerze 176.



Standardowo już, zacznę od buteleczki. Buteleczka jaka jest każdy widzi. Przede wszystkim jest prosta, bez miliona niepotrzebnych nadruków i zbędnych ozdób, a to sobie zawsze cenię. Jest też malutka, mieści zaledwie 5,5 ml, czego jednak ja nie uważam za wadę, ponieważ istnieje cień szansy, że zużyję ten lakier do końca, czego w przypadku wszystkich większych lakierów nie jestem aż taka pewna. Jedyne co mi się nie podoba  w opakowaniu jest nakrętka. Wydaje mi się strasznie licha, aczkolwiek może to tylko jakieś takie moje dziwne odczucie.
Jeśli zaś chodzi o pędzelek to, jak i sama butelka, jest bardzo malutki i dość wąski. Przypomina mi pędzelki OPI, które występują w ich miniaturkach. Niestety te wspomnienia nie są dobre, więc jak tylko zobaczyłam pędzelek, byłam przygotowana na najgorsze. Jednak nie było tak źle. Byłoby jednak jeszcze lepiej, gdyby lakier był troszkę rzadszy. Przy jego obecnej konsystencji ciężko mi było nabrać odpowiednią ilość lakieru na pędzelek i równomiernie rozprowadzić.


Kupując ten lakier, a mając go w domu patrząc na butelkę, byłam przekonana, że będzie to typowy nudziak. Obecnie, po wyjściu na zewnątrz, już tego taka pewna nie jestem. 
Na zdjęciu jest bardzo dobrze oddany kolor, który widziałam na swoich rękach, w pomieszczeniu, przez większość dnia. Nudziak, baaaardzo rozbielony jasny brązik. Powiem szczerze, że kolor ten mnie po prostu oczarował. Byłam zaskoczona tym, jak dobrze się prezentuje. Dlaczego więc już nie jestem taka pewna tego, czy lakier ma jednak kolor widoczny na zdjęciu? Cóż.. Na zewnątrz, gdy spojrzałam na swoje paznokcie, zobaczyłam, że wcale nie ma na nich idealnego nudziaka, tylko jest jasny, brudny róż z domieszką beżu. Byłam bardzo zaskoczona. Przecież to diametralna różnica w kolorach. Dlatego więc nie potrafię do końca poprawnie określić tego koloru.
Może akurat jutro wyjrzy słońce i przekonam się, jak lakier prezentuje się w pełnym słońcu. Dziś niebo było zachmurzone i cały czas padało, więc może to też zrobiło swoje.
Wspomnę jeszcze, że w świetle lampki, w momencie kiedy piszę tą notkę, moje paznokcie ponownie mają kolor baaaardzo rozbielonego jasnego brązu, aczkolwiek ciutkę ciemniejszego niż na zdjęciach.


Chociaż w mojej dziejszej notce znalazło się trochę słów krytyki i rzeczy, które mi się nie podobały, to jednak lakier ten gorąco polecam. Dlaczego? Przede wszystkim za cenę. Zapłaciłam za niego 3,30 zł. Jak za taką cenę to jest on naprawdę rewelacyjny.

środa, 13 kwietnia 2011

NOTD: OPI - Kreme de la Kremlin

Oto lakier ze specjalną dedykacją dla Lady In Purplee:)


Lakier Kreme de la Kremlin jest jednym z moich nowszych nabytków, gdyż dostałam go od pana J. (dziękuję, dziękuję:*) z okazji Dnia Kobiet. Lakier kupiony był w sklepie Victoria's Beauty, gdzie teraz mają 10% zniżki na wybrane OPIki. Dlaczego akurat tam, skoro przeważnie kupuję lakiery na ebayu? Na ebayu osiąga on niebotyczne ceny, jest droższy nawet niż na allegro, w VB z tego co widzę kosztuje 31,53 zł + koszty wysyłki.
Teraz przejdę więc do samego lakieru.


O lakierach OPI się już rozpisałam w poprzednim poście, więc teraz będzie krótko. Jeśli chodzi o trwałość to na zdjęciu widoczne są moje paznokcie na drugi dzień noszenia tego lakieru. Ile się trzyma maksymalnie w dobrym stanie, sprawdzę kiedy indziej, gdyż jak wspomniałam, często zmieniam kolory i trwałość nie ma dla mnie aż takiego wielkiego znaczenia.


Na tym zdjęciu natomiast widzimy spód buteleczki, z tym że nie jest to warstwa wierzchnia nalepki pod buteleczką, tylko warstwa, która ukazuje się po oderwaniu nalepki z kodem.



Powyżej macie dwa zdjęcia tego lakieru na paznokciach, jedno w pomieszczeniu, drugie w pełnym słońcu, jednak wydaje mi się że kolor najlepiej ukazuje zdjęcie, na którym trzymam buteleczkę w ręce.
Muszę przyznać, że lubuję się w kolorach przykurzonych i nudziakach/brązach. Ten zdecydowanie jest ślicznym, lekko przykurzonym różem. Przypomina mi odrobinę Essie - In Stitches, jednak lakier Essie jest, przynajmniej na mnie, czerwienią, ten natomiast to ewidentny, brudny róż. Nie ukrywam, że go uwielbiam i bardzo mi ten kolor odpowiada. Jest bardzo elegancki i skromny i myślę, że niezwykle pasuje do mojej karnacji.
Po prostu: dobrze się z nim czuję:)


PS. Wybaczcie skórki, po raz kolejny, tym razem wyglądają naprawdę tragicznie. Winę zwalam na stres spowodowany szukaniem kuriera. Przesyłka już poszła, więc teraz.. będzie lepiej.

PS2. Czy Was też denerwuje jak ktoś się wpycha do kolejki mówiąc, że on: ma tylko jedną rzecz/śpieszy się/chce tylko kopertę kupić. Czy może sama też tak robicie?;>
Muszę przyznać, że mnie to strasznie denerwuje i często jestem świadkiem takich zachowań. O, np. dziś na poczcie. Stałam w kolejce, przede mną była piątka ludzi, w tym jedna kobietka, która miała kilka paczek do wysłania. Ja chciałam kupić tylko dwie koperty bąbelkowe. No ale wiadomo, stałam, bo szanuję cudzy czas i domyślam się, że nikomu się nie chce na poczcie długo siedzieć. Przyszłam później niż inni - trudno, czekam. No i sobie czekałam, aż oczywiście przyszedł Pan, który "chce tylko jedną kopertę". Oczywiście puszczono poza kolejką, a to że z pięć minut wybierał kopertkę, to już inna sprawa. A teraz wyobraźcie sobie, że z dwie osoby później, ja jestem przy okienku i proszę o dwie koperty, dokładnie precyzując które i dając wyliczoną kwotę. Cóż.. może i dla ludzi byłam "jakąś frajerką", ja jednak czułam, że postąpiłam fair wobec innych czekających w kolejce. 
Ot, tak się chciałam pożalić;)

wtorek, 12 kwietnia 2011

Moje wszystkie OPI...

Wygrzebałam gdzieś na dysku zdjęcie, które zrobiłam chyba ponad miesiąc temu, na którym znajdują się wszystkie moje OPI. Postanowiłam więc je tu opublikować i wyjaśnić, dlaczego właściwie, OPI jest moją ulubioną firmą. Przy okazji uprzedzam, że niektóre kolory na zdjęciu są lekko przekłamane, ale niestety wtedy nie miałam możliwości zrobić lepszego zdjęcia...


Kogo my tutaj mamy? Od lewej idąc: Dulce de Leche, Barefoot in Barcelona, Over the Taupe, Kreme de la Kremlin, Baguette Me Not, Party in My Cabana, Parlez-Vous OPI?, Funky Dunkey, Hey! Get in Lime, Jade is the New Black, Fiercely Fiona, Who the Shrek are You?, What's with the Cattitude?, Rumple's Wiggin'.

Za co je tak lubię?
Przede wszystkim za kolory. Mają ich ogromny wybór, zwłaszcza kremów. Jak widać na załączonym wyżej zdjęciu, preferuję raczej stonowane kolory i ich wybór w firmie OPI, jak dla mnie, jest wystarczający. Oczywiście odcieni bardziej rzucających się w oczy też, jak widać, trochę posiadam, i takich też u OPI znajdziecie sporo.
Na drugim miejscu wymieniłabym konsystencję, pędzelek, szybkość schnięcia oraz wygląd buteleczki. Czyli ogólnie - całokształt lakieru. W moim wypadku lakiery OPI nakłada się znakomicie. Co prawda nie mam żadnego jednowarstwowca z tej firmy, jednakże nakładanie dwóch warstw nie stanowi dla mnie problemu, gdyż schną one bardzo szybko. Pędzelek, wiadomo, jest dość gruby, jednak mi to jak najbardziej odpowiada. Jeśli zaś chodzi o wygląd buteleczki.. to wg mnie.. jest po prostu skromna i elegancka. Ot, taka prosta. No i ma ładne kszatłty;)
Co do pojemności to normalnego wymiaru buteleczki mają 15 ml, natomiast miniaturki 3,75 ml. Tych miniaturek, które ja mam (z kolekcji Shrek) nie polecam, gdyż okropnie się nimi maluje. Jak z  innymi miniaturkami? Nie mam pojęcia, gdyż miałam tylko te i zraziłam się już na dobre do miniaturek od OPI.Nie mogę też nie skomentować faktu, iż OPI nadaje takie wymyślne nazwy lakierom. Nie ukrywam, że to mnie bardzo przyciąga i że chętniej kupię lakier z nazwą niż ten z numerkiem. Cóż.. trzeba przyznać.. nazwy są boskie:)
Jeśli zaś chodzi o trwałoś, to różnie bywa z różnymi lakierami. Niektóre trzymają się u mnie tylko dwa dni, inne spokojnie 4 (aczkolwiek rzadko kiedy mam tak długo jeden lakier na paznokciach). Nie wiem od czego to zależy, jednak przyznam, że nie kupuję ich dlatego, że są trwałe, gdyż dla mnie to nie ma żadnego znaczenia.

Za to kolory, komfort malowania i szybkość schnięcia mają dla mnie kluczowe znaczenie, dlatego tak często sięgam po OPI.


Eh.. Muszę przyznać, że cała ta notka, wygląda trochę, jak jakaś reklama firmy, jednak wierzcie mi, że nie taki był mój zamysł. Po prostu.. chcę się z Wami podzielić moją opinią na temat tej firmy:)


Na zakończenie.. Postanowiłam zrobić ranking moich lakierów. Ustanowiłam piątkę najulubieńszych, jednak nie jestem w stanie ich poustawiać już miejscami, bo.. No po prostu nie jestem w stanie;) Kolejność więc ich wymieniania jest przypadkowa (a raczej: alfabetyczna;))

China Glaze - Below Deck
Mac - Blue India
OPI - Dulce de Leche
OPI - Kreme de la Kremlin 
OPI - Over the Taupe



PS. Wkrótce moja kolekcja OPI powiększy się, dzięki mojemu kochanemu panu J. (panie J, jeśli to czytasz to doceń moje publiczne podziękowanie;))

PS2. Proszę żabyście mi doradziły co kupić, gdyż waham się nad dwoma kosmetykami. Pierwszy, zgodnie z tytułem bloga, jest lakierem do paznokci firmy Models Own, kolor Nude Beige (. Drugim jest zestaw kremów BB firmy Skinfood, gdzie wszystkie kremy mają pojemność około 8-10 g. Obydwie rzeczy mnie kuszą i nie mam pojęcia co wybrać, więc liczę na Waszą pomoc:)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Queen Helene - Mint Julep Masque

Wybaczcie, że ostatnio nie ma swatchy nowych lakierów, ale pogoda jest okropna i niesamowicie przekłamuje kolor, więc póki co nie ma sensu robienie zdjęć lakierów.
Z tego też powodu dzisiaj przybywam z recenzją maseczki do twarzy firmy Queen Helene, która niegdyś święciła triumfy w internecie. Jak jest obecnie, nie mam zielonego pojęcia.


Kupiłam ją z czystej ciekawości. Ot, pewnego dnia postanowiłam kupić sobie jakąś lepszą maseczkę. Wybór padł na tą, zwłaszcza, że miałam 20% rabatu do sklepu internetowego, w którym ją kupowałam. 227 g tej maseczki kosztował mnie więc około 17 zł (nie licząc przesyłki), co uważam za świetną cenę, jak za taki produkt.
Masczka ma dość zbitą konsystencję i mam wrażanie, że troszkę zasycha w tubce, jednak nie powoduje to większych problemów z jej wydobyciem.
Jeśli zaś chodzi o jej zapach, to wiem, że niektórym może nie odpowiadać,gdyż pachnie jak miętowa pasta do zębów. Mi to tam w tym wypadku nie przeszkadza, choć na co dzień nie znoszę zapachu, ani smaku mięty.
Kolor.. wiadomo, jest jasnozielona, co mi też nie przeszkadza. Wręcz mi się podoba to, że ma taki kolor. 


Jeśli zaś chodzi o jej działanie to ja jestem zachwycona. Kiedy maseczka wysycha czuć takie przyjemne ściąganie skóry. Po jej zmyciu to uczucie przez krótki czas się utrzymuje, jednak nie jest to jakieś uciążliwe. Skóra jest zdecydowanie odświeżona i zdrowiej wygląda. Jedynym minusem dla mnie jest to, że maseczka strasznie wysusza mi policzki (mam cerę mieszaną), jednak tuż po niej używam kremu i wtedy już jest wszystko w porządku. Producent zapewnia, że Mint Julep także oczyszcza i zamyka pory, co zdecydowanie potwierdzam. Mój nos (czyli moja zmora), po jej zastosowaniu wygląda o niebo lepiej. Wydaje mi się także, że maseczka wyrównuje koloryt mojej skóry, jednak nie wykluczam, że to tylko złudzenie.

Dla ciekawych, wklejam jej skład: Distilled Water, Kaolin, Bentonite, Glycerin, Zinc Oxide, Propylene Glycol, Sulfur, Chromium Oxide Greens, Fragrance, Methylparabe. 

Maseczkę kupiłam  TUTAJ (po polubieniu tego sklepu na facebooku i po wysłaniu maila bodajże, przesyłają rabat 20% na całe zakupy). Można ją także dostać na allegro. Istnieją dwie wersje opakowania: 227 g i 57 g. Oczywiście większa się bardziej opłaca, jednak jeśli ktoś nie jest pewny, co do zapachu chociażby, polecam zamówienie mniejszej wersji.


Wybaczcie, jeśli trochę niezbyt składnie tego posta napisałam, ale mam naprawdę podły humor po tym, jak dzwoniłam dziś do wszystkich kurierów u mnie w mieście, w sprawie wysłania roweru, który sprzedałam, a oni wyznaczali mi niebotyczne ceny za przesyłkę. No bo wybaczcie, ale jak pewna firma mi powiedziała 218 zł za przesyłkę, to mnie lekko zamurowało....

Uwaga: dziewczyny rozdają! Istne szaleństwo!!

Jako, że jak wiadomo, szczęściu trzeba pomóc, postanowiłam wziąc udział w kilku rozdaniach:)
Dziewczyny się postarały i nagrody są naprawdę cudowne. Zresztą.. co tu dużo gadać, same popatrzcie:)

1. Pierwsze rozdanie u Lady in Purplee. Nagrody... Eh, cud, miód i orzeszki..


Po szczegóły klikać TU!



2. Także pierwsze rozdanie u simply_a_woman. Przewidziane są dwie nagrody, także szanse dziewczyny, macie spore:)



Szczegóły TUTAJ


3. I znów pierwsze rozdanie, tym razem u Idalii. Też same cudeńka




 A nagrody to:

1. Buteleczka wody toaletowej C-Thru Pearl Garden, zapach bardzo wiosenny, 30 ml.
2. Odżywka Nail Tek Foundation II, mam nadzieję, że komuś posłuży równie dobrze, jak mi;
3. Lakier Essence z kolekcji Multi Dimension XXL Shine kolor Purple Cherry, jeden z moich must have, pokazywany w jednym z postów;
4. Terminarz na rok 2011 ze zdjęciami malutkich dzieciaczków autorstwa Anne Geddes, idealny do torebki na babskie zapiski;
5. Pomadka Rimmel nr 500 Diva Red, piękna klasyczna czerwień z nutką różu;
6. Kolczyki srebrne (925) z kryształkami migdałami Ruby.


Jeśli też chcecie wziąć udział klikajcie TU!


4.Rozdanie przygotowała także PysiaPatrysia. M. in. lakier Essie do wygrania. Cudo:)
Szczegóły znajdziecie TUTAJ



5.Rozdanie u MizzVintage. Przygotowane aż trzy upominki, w tym zestaw OPI.. Eh, marzenie;)
Nagroda nr 1

  Nagroda nr 2 

Nagroda nr 3

 Po więcej szczegółów klikajcie TU!






I teraz coś innego niż rozdanie, czyli konkurs u użytkownika Piękność dnia
Nagoda, powiedziałabym, że wręcz już kultowa do zdobycia, czyli: 
Tak, to róż Benefit Bella Bamba. 
Osławione cudeńko
Jeśli też chcecie go mieć klikać szybko TU!



Jak widać, dużo rozdań się wysypało, więc powodzenia życzę i Wam i sobie:)

sobota, 9 kwietnia 2011

Balsamy do ust marki Lush - porównanie

Dzisiaj przybywam z recenzją troszkę inną tematycznie, a mianowicie trzech balsamów do ust od Lush'a. Myślę, że marki za bardzo przedstawiać nie trzeba, gdyż większośc osób o niej słyszało. Wspomnę może tyle, że są one wytwarzane ręcznie, wszystkie produkty są wegetariańskie i zawierają ponad 90% naturalnych składników. W dodatku (za co naprawdę ogromny plus, bo o ile mogę, zwracam na to uwagę) nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach. Przyznaję, że te aspekty głównie sprawiły, że zakupiłam trzy balsamy do ust z tej firmy: Double Choc, It Started with a Kiss i Snow Fairy.



Chociaż balsamy do ust w takich opakowaniach są mało higieniczne, tu jednak bardzo mi się owa "puszeczka" podoba. Każda z nich ma od spodu etykietę, gdzie ma podaną datę produkcji, datę ważności oraz skład (w którym na zielono zaznaczone są naturalne składniki). Na dwóch balsamach z mojej kolekcji zaznaczone jest także, że są odpowiednie dla wegan.



Balsam It Started with a Kiss ma, wg mnie najlepszą konsystencję z wszystkich trzech,a przynajmniej mi się go najlepiej nakłada. Jest dość miękki, jednak tworzy grudki. Powiem szczerze że na ustach nie są one tak bardzo widocznie, jednak jego konsystencja sprawia, że usta są szorstkie tuż po jego nałożeniu i przez czas, jaki utrzymuje się na ustach. Przy okazji, muszę wspomnieć, że barwi je na intensywną czerwień, niczym pomadka, więc nakładanie go na usta bez lusterka może się źle skończyć;) Ma piękny zapach - jabłko z cynamonem - który ewidentnie kojarzy mi się ze świętami.
Dla przykładu wkleję jego skład, jakby ktoś był zainteresowany. Jego interpretacją się nie zajmę, gdyż się na tym po prostu nie znam. Uwzględnię jednak kolorem zielonym naturalne składniki:
Extra Virgin Coconut Oil (Cocos Nucifera), Fresh Red Apple Infusion (Pyrus Malus), Japan Wax (Rhus Succedanea), Shea Butter (Butyrospermum Parkii), Icing Sugar, Carnauba Wax, Flavour, White Chocolate, Organic Rose Hip Oil (Rosa Canina), Glycerine, Vanilla Absolute (Vanilla Planifolia), Sweet Wild Orange Oil (Citrus Sinensis), Cinnamon Leaf Oil (Cinnamomum Zeylanicum), Red Currants (Ribes Rubrum), Titanium Dioxide, *Cinnamyl Alcohol, *Cinnamal, *Citral, *Eugenol, *Benzyl Benzoate, *Limonene, *Linalool, Colour 45370, Colour 45410, Colour 77491, Colour 15850, Methylparaben.



Snow fairy jest moim ulubionym balsamem z tej trójki. Konsystencję ma troszkę bardziej toporną od It Started with a Kiss, jednak i tak dośc dobrze się go nabiera. Oczywiście, podobnie jak poprzednik, jest grudkowaty, niestety. Pięknie pachnie gumą balonową. Chociaż w opakowaniu ma kolor intensywnego różu, to jednak na ustach, jest praktycznie niezauważalny.
Wydaje mi się także, że nie jest aż tak szorstki po nałożeniu na usta, jak poprzednik, ale może to jakieś moje.. złudzenie...



I oto dochodzę do momentu, w którym przedstawiam balsam, który jestem w stanie używać tylko na noc i który, jak widać, jest używany najrzadziej. Dlaczego? A dlatego, że nie dość że jest strasznie twardy (co bym mogła przeboleć), ma gorzki posmak (a wiadomo, że balsam się chcąc nie chcąc, zjada czasami), to w dodatku, co jest najgorsze, barwi usta na brązowo. W moim wypadku to wygląda okropnie, zwłaszcza że jestem blondynką, przez co wyglądam, co tu dużo mówić, wg mnie tandetnie. Nie wspominając już o tym, że efekt ten kojarzy mi się z czymś brązowym, co nie jest wcale czekoladą;) Jedynie za jego plus mogę uznać zapach. Tak, pachnie bosko, wiadomo czym - czekoladą.


Na koniec wrzucam jeszcze ich swatche na ręce. Na ręce, gdyż ust nie mam zbyt reprezentatywnych (aczkolwiek ręka też wcale taka nie jest;))

Od góry: Snow Fairy, Double Choc i It Started with a Kiss

Czy je polecam? Raczej nie.
Czy bym je jeszcze kiedyś kupiła? Może jeden, pewnie Snow Fairy, ale byłby to raczej rodzaj sentymentu...
Czy są wydajne? Oj są.. niestety (odnosi się to do Double Choc) ich końca nie widać.
A jak z nawilżaniem? Cóż.. nie odczułam jakiś spektakularnych efektów, jednak przyznam, że po ich zastosowaniu usta są jakieś takie wygładzone i bardziej miękkie.
Waga? 10 g
Cena? około 5£ (ja dałam jakieś 10-15 zł)


PS. Jestem zdziwiona trwałością China Glaze na moich paznokciach. Trzyma się już trzeci dzień bez odprysków. Nawet końcówki nie są starte, co mnie najbardziej zdumiewa. Oj, chyba się polubię z tą firmą:)

środa, 6 kwietnia 2011

NOTD: China Glaze - Below Deck

Oto przedstawiam jeden z moich najnowszych nabytków na moich paznokciach. Wybaczcie skórki w opłakanym stanie, intensywnie nad nimi pracuję....



Buteleczka przyjemna dla oka, z dużą ilością wszelakich informacji, które otaczają ją z każdej strony. Mieści 14 ml.
Pędzelek grubszy niż u Essie, jednak cieńszy niż u OPI. Długi, dobrze się nim maluje.


Jeśli zaś chodzi o konsystencję to niestety jest dość rzadki. Niezbyt mi to odpowiada, bo przez to łatwo mi nabrać go za dużo i rozlać sobie po skórkach. Jednak właściwie jest to mój pierwszy tak rzadki lakier, więc mam nadzieję, że po prostu przywyknę.
Idealnie kryje już przy dwóch warstwach. Jakby się uprzeć wprawna ręka mogłaby chyba dać też tylko jedną warstwę i wyglądałoby to też nieźle.
Kolor jest dość dobrze oddany na ostatnim zdjęciu. Ciężko go opisać. Podobno jest trochę podobny do kultowego Metro Chic od Sephory by OPI, jednak nie jestem w stanie tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć, gdyż tego drugiego nie posiadam. Jet to ładny, brudny fiolet z duża domieszką brązu, co uwidocznia się szczególnie w cieniu. Postaram się zrobić w przyszłym tygodniu jego porównanie z Parlez-Vous OPI i Jumpy nr 174. Już teraz jednak wydaje mi się, że będą zupełnie różne. Zwłaszcza OPI, który jest jaśniejszym, przybrudzonym fioletem, bez tak dużych domieszek brązu. Jumpy natomiast, wydaje mi się, że będzie ciemniejszy odrobinę. Cóż.. okaże się;)

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Dzisiejszy haul

Właściwie to nie dzisiejszy, tylko dziś otrzymany. W końcu.. Te dni, kiedy wypatrywałam listonosza, wydawały się wiecznością:P


Zaczynając od lewej mamy tutaj: China Glaze-Below Deck; Colour Alike-Stalowe nerwy i CA-Weekendowy szał; Jumpy nr: 174, 176, 180, 168 i 164

Oczywiście najbardziej jestem zadowolona z lakieru China Glaze. To pierwszy lakier tej firmy w mojej kolekcji, ale na pewno nie ostatni. W końcu zrozumiałam też zachwyt nad lakierami Barbry. Weekendowy szał jest po prostu niesamowity (a pisze to osoba, która nie lubi innych lakierów do paznokci niż kremowe:P). Co się zaś tyczy lakierów Jumpy.. Totalnie nie trafiłam z kolorem nr 180. Myślałam, że to będzie ciemniejszy, kremowy, brąz. Owszem, jest to ciemniejszy brąz, ale ma rudo-złote drobinki, które mnie drażnią... Oprócz niego, z wszystkich innych kolorów jestem w 100% zadowolona.


Póki co nie wiem jak z aplikacją, gdyż jeszcze nie testowałam ich wszystkich. Obecnie mam na paznokciach "Weekendowy szał" i jestem zadowolona. Świetnie kryje (właściwie starczyłaby nawet jedna, grubsza warstwa), ma świetną konsystencję i pędzelek. Pojemność: 8 ml, w sam raz. A kolor.. niesamowity... Jednak może o nim w innym poście więcej napiszę.



Jako gratis do zakupów, dostałam od firmy Vipera, błyszczyk. Zwie się Magic Holography. Nie przypadł mi do gustu. Sama na pewno bym go nie kupiła, gdyż ma pełno brokatowych drobinek i na ustach się, jak dla mnie, zbytnio mieni. W dodatku troszkę denerwuje mnie to, że na opakowaniu nie ma ani daty ważnosci, ani składu, ani nawet nazwy odcienia. Jest jedynie nazwa i marka. Myślę, że ten błyszczyk odejdzie w zapomnienie i zostanie wchłonięty przez odmęty szuflady z rzeczami pt. "mało potrzebne, ale żal wyrzucać, bo może się kiedyś przyda" ;)


Dodatkowo przygotowałam też drobne zestawienie niektórych moich nowych nabytków z podobnymi, wg mnie, kolorami, które już posiadam w swojej kolekcji.


Od lewej: OPI-Parlez-Vous OPI?; China Glaze-Below Deck; Jumpy nr 174; Colour Alike-Weekendowy szał

Jak widać na zdjęciu, lakier CA jest zupełnie różny - dużo ciemniejszy. OPI natomiast bardziej wpada w jasny fiolet od CG i Jumpy. Te dwa natomiast na zdjęciu wyglądają podobnie, jednak w rzeczywistości Jumpy odrobinę ciemniejszy od CG. Oczywiście są to moje odczucia kolorystyczne po porównianiu butelek. Postaram się też wkrótce sprawdzić jak się kolory z butelek mają do tych, które wychodzą na paznokciu.


Od lewej: OPI-Dulce De Leche; OPI-Barefoot in Barcelona; Inglot nr 862; Jumpy nr 176 i 180
Jak widać na zdjęciu Jumpy nr176 najbardziej zbliżony jest do Inglota (tyle, ze ten jest właściwie lekko perłowy, niestety). Natomiast Jumpy 180 jest najciemniejszy z nich wszystkich oraz zawiera drobinki, o których już wspominałam.


OPI-Hey! Get in Lime!; Jumpy nr 164
Jak widać, OPI jest ciemniejszy i bardziej wpada w zieleń niż Jumpy. Obydwa są naprawdę ładne, jednak wg mnie to Jumpy jet bardziej "miętowy".


Właściwie nie wiem skąd ta nazwa, bo przecież mięta bynajmniej nie jest takiego koloru...;)

piątek, 1 kwietnia 2011

NOTD: Essie - In Stitches

Jakoś tak się złożyło, że podczas składania zamówienia na Ebay'u, w którym przeważały lakier OPI, postanowiłam wypróbować lakiery marki Essie. Wiele dobrego się o nich naczytałam, więc czemu by nie. Byłam zdecydowana na kolor Island Hopping, jednak stwierdziłam, że tylko jeden Essie w paczce to za mało, więc dobrałam mu inny lakier Essie do towarzystwa;) Wybór padł, trochę bez przekonania, na In Stitches. Wtedy nie byłam jakoś nim zafascynowana, teraz jednak to się zmieniło. Spokojnie plasuje się w dziesiątce, a może nawet i piątce moich ulubionych kolorów.Koniec wstępu, przechodzę do sedna.





Buteleczka całkiem fajna. Poręczna, skromna (bez przesadnych udziwnień, których nie znoszę). Określiłabym ją też słowem "porządna", aczkolwiek niezbyt to pasuje do opisu butelki lakieru do paznokci;)
Pędzelek.. Cóż, jak dla mnie jest odrobinę za cienki. Jednak nie będę narzekać, bo bardzo dobrze mi się nim malowało.



Konsystencja mi odpowiada. Nie jest ani za gęsta, ani za rzadka, jednak potrzebowałam aż trzech warstw do zadowalającego mnie w pełni efektu.
Nie potrafiłam do końca uchwycić tego koloru na zdjęciach. Tutaj wpada widocznie w róż, jednak na mnie jest bardziej mocno przydymioną czerwienią z dodatkiem różu. Przyznam, że przy pierwszym malowaniu nim paznokci bardzo mnie to zdziwiło, bo patrząc na butelkę myślałam, że będzie to bardziej specyficzny róż, niż jakiegokolwiek rodzaju czerwień, zwłaszcza że dotychczas nie byłam fanką czerwieni. Czuję jednak, że już się to powoli zmienia

Nie zmienia się jednak to, że jestem zwolenniczką kremowych lakierów i tylko takie mam w "kolekcji". Póki co tylko takie;)
Wybaczcie mi też wygląd moich skórek i paznokci oraz niedociągnięcia w malowaniu. Postaram się poprawić, a ten blog będzie świetną motywacją ku temu.



Tak oto zaczęłam na poważnie prowadzić bloga...Oczywiście jak zawsze musiałam się rozpisać... Krótkie notki chyba nie będą moją specjalnością... Dlatego też ten blog jest tylko w jednym języku pisany. Może się to kiedyś zmieni...