Obserwatorzy

środa, 29 czerwca 2011

NOTD: Golden Rose z proteinami nr 266

Wybaczcie chwilowy zastój, ale kompletnie nie miałam czasu. Stąd też recenzja akurat tego lakieru, któremu planowałam nowe zdjęcia porobić, ale nie mam kiedy. Nie chcę też zostawiać bloga na Bóg wie ile bez notek. Tak więc wybaczcie wygląd moich skórek.... Zwłaszcza, że z tego co pamiętam zdjęcia te robiłam świeżo po umyciu głowy, toteż ich tragiczny stan tak okropnie się uwidacznia...





Butelka by mi się bardzo podobała, gdyby nie to, że nie ma na sobie wytłoczonych napisów, tylko naklejkę, których ja, jak już wspominałam nie znoszę. Zwłaszcza gdy tak jak tutaj, są krzywo naklejone. Jednak za cenę bodajże 4 zł nie ma się co spodziewać cudów;) Pędzelek jest bardzo fajny, zdecydowanie bardziej z tych cieńszych niż grubszych, dobrze się nim operuje. Krycie też jak najbardziej na plus - dwie warstwy wyglądają już idealnie. Jedynym mankamentem jest jego trwałość. Niestety, odpryski u mnie pojawiają się już pierwszego dnia....


Jego kolor to ewidentnie ciemna czekoladka. Nie dostrzegam w nim ani grama szarości czy innych odcieni. Nie powiem, żeby był to jakiś super oryginalny kolor, jednak mi się bardzo podoba. Kolor najlepiej oddany jest na zdjęciu gdzie widać jego numer. Na pozostałych niestety światło coś go "poszarzyło"...



Ogólnie jestem padnięta. Dziś dostałam wyplatę na konto i już sporo kasy rozfukałam. No ale potrzebowałam nowego pudełka na lakiery. I dorwałam. Oczywiście w TkMaxxie. Cudne. Przecenione. Jak miałam się nie skusić. Do tego też był wciąż balsam na który czaiłam się od kilku dni, po tym jak został on zaaprobowany przez pana J, który zachwycał się jego naturalnym składem. Poza tym zakupiłam pierwszy pachnący lakier w moim dorobku. A zarazem pierwszy lakier firmy Revlon. Przyznam, że jestem zdziwiona tym, że pachnie. Chemicznie, bo chemicznie, ale nawet pomimo warstwy Seche Vite wyraźnie go czuję. Poza tym wstąpiłam jeszcze do Natury, gdzie jakiś czas temu wpadł mi w oko lakier z nowej serii Sensique, a do niego dobrałam jeszcze pędzelek do smokey eyes z Essence. Po powrocie do domu poczyniłam natomiast kolejne lakierowe i ogólnokosmetykowe zakupy na allegro.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby moje miękkie serce nie wspomogło kilku fundacji oraz nie skusiło mnie do zapisania się do klubu dawca.pl. No ale cóż... Dla mnie frajdą jest nie tylko wydawanie pieniędzy, ale też dzielenie się nimi z tymi, którzy ich potrzebują. Myślę, że wiele z Was też ma takie podejście jak ja...
Niestety moja zakładka, gdzie będą bannery różnych fundacji wciąż jest w budowie. Postaram się jednak razem z panem J. w ciągu najbliższych dni ukończyć, gdyż teraz oboje mamy troszkę wolnego. Ach, "wakacje";)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

NOTD: Lovely Crystal Strenght 135

Oto kolejny wesoły kolor w mojej kolekcji. Jedyny lakier Wibo który posiadam. Czemu jedyny tego właściwie nie wiem, gdyż jest naprawdę bardzo dobry.



 Standardowo już zacznę od opakowania. W końcu to pierwsze zawsze się w oczy rzuca. Buteleczka jest bardzo ładna, owalna, bez zbędnych udziwnień. Mieści 12 ml. Nie podoba mi się jedynie naklejka na zakrętce, gdyż według mnie psuje całość. Właściwie... Wspominałam już, że nie znoszę gdy na buteleczce coś jest naklejone? Nie, to wspominam. Nienawidzę, gdy np. nazwa lakieru nie jest wydrukowana tylko naklejona. Zwłaszcza, gdy jest krzywo naklejona...Wtedy aż mnie korci, żeby to oderwać. Dla mnie buteleczka ma być gładka, bez wszelkich fałd spowodowanych źle naklejoną nalepką:P
Jednak wracając do meritum... Naklejka jest "a fe", za to "diamencik" na czubku zakrętki nawet mi się podoba, chociaż na początku wydawał mi się badziewny;)
Pędzelek tego lakieru jest dość cienki, jednak dobrze się nim maluje. Idealnie kryje przy dwóch warstwach, pomimo tego, że ma dosyć rzadką konsystencję. Na powierzchni paznokcia nie tworzy smug ani nie "bąbelkuje", więc nie mam mu nic do zarzucenia. No, prawie nic. Jedyne czego mogę się przyczepić, to fakt, że troszkę długo schnie. Jednak za taką cenę jestem skłonna puścić ten fakt w niepamięć;)







Kolor to czysty, kremowy błękit. Jednak jest to raczej taki "smerfowy" odcień niebieskiego. Nie widzę w nim ani grama innych nut  kolorystycznych. Oczywiście zdjęcie drugie, w świetle, lepiej oddaje kolor:)

niedziela, 26 czerwca 2011

NOTD: OPI - Party in My Cabana

Lakieru, który dziś chcę Wam pokazać, nie miałam w planach. Dlaczego więc go kupiłam? Eh... Jakiś czas temu miałam dzień, gdy czułam wielką potrzebę wydania pieniędzy, a zbytnio nie miałam na co. Zawędrowałam więc do Douglasa i ten oto lakier wylądował w moim koszyczku. Jednak czy takiego rodzaju zakupy bywają udane? O tym jak jest w moim przypadku przeczytacie pod koniec notki. A teraz do sedna...

 

W przypadku tego lakieru żadnych problemów nie było. Dwie warstwy idealnie kryją, a nawet jedna już całkiem ok wygląda. Łatwo i przyjemnie się nakłada, bez smużenia. Konsystencję też ma jak najbardziej w porządku, więc nie mam się tym razem do czego przyczepić.

Party in My Cabana to dość intensywny róż. Jednak nie jest to neon. Oj, nie. Dla mnie to taki cukiereczek. Ot, taka landrynka;) Na drugim zdjęciu jest kolor oczywiście lepiej uchwycony.Według mnie jest on bardzo ładny, jednak w takich kolorach ja się średnio czuję. Dlatego też używam go sporadycznie i nie wiem czy to jest do końca udany zakup. Eh, coś dużo lakierów mi się podoba na kimś, a na mnie niekoniecznie;/ Jednak na lato jest to kolor idealny i muszę się przełamać i go częściej używać:)


PS. Jeśli ta notka jest mało składna i chaotyczna, to wybaczcie, ale jestem padnięta. Ach, wyprzedaże i 10-godzinne porządkowanie sklepy. W takich chwilach nienawidzę wyprzedaży. Jednak jeszcze tylko klka dni tej "męczarni", na szczęście;)

piątek, 24 czerwca 2011

NOTD: OPI - Hey! Get in Lime!

Dla odmiany dziś przychodzę do Was z typowo letnim kolorem. Ostatnio Was męczyłam kolorami raczej jesienno-zimowymi, więc teraz przyszła pora na, mam nadzieję miłą, odmianę:)



Oto pierwszy lakier OPI, który mnie zawiódł. Zawiódł mnie konsystencją oraz kryciem. Położyłam aż trzy warstwy, a mam wrażenie że miejscami widać prześwity. A wcale nie były to cieniutkie warstwy, oj nie. Myślę, że wynika to z tego, że lakier jest strasznie rzadki. Tak rzadki, jak dwa Ingloty, które mam w swojej kolekcji. Po prostu prawie że konsystencja wody. W każdym razie to jest dla mnie spory  minus. Jest to jedyny OPI w mojej kolekcji, który jest taki problemowy. Cóż.. może wynika to z tego, że jest to jakaś starsza kolekcja. Nie mam zielonego pojęcia. Na szczęście schnie on równie szybko co wszystkie OPI, więc nie czeka się nie wiadomo ile aż te trzy warstwy wyschną. Jednak sam fakt: trzy warstwy... Oj, troszkę jestem rozaczarowana;)



Nie mam zbyt wielu miętowych lakierów w swojej kolekcji. Wynika to z tego, że kolory te niezbyt do mnie przemawiają. Tak jest też z tym lakierem. Wydaje mi się taki zbytnio rozbielony. No i mam wrażenie, że do mnie po prostu nie pasują pastelowe lakiery. Nie pasują, ale wciąż takie kupuję. Nie wiem z czego to wynika;) Jednak za ten kolor usłyszałam kilka pochwał od znajomych, więc może to tylko moje złudzenie, że na mnie wygląda tragicznie.. W każdym razie jest to rozbielona mięta, w której momentami dostrzegam odrobinę niebieskości, co zdarza się raczej tylko w cieniu. Oczywiście drugie zdjęcie lepiej oddaje kolor:)

czwartek, 23 czerwca 2011

NOTD: MAC - Blue India

Dzisiaj przedstawiam mój ulubiony lakier. Lakier, który nie chcę by kiedykolwiek się skończył, gdyż kiedy to nastąpi, ponownie go nie kupię, ponieważ pochodzi z limitowanej edycji MACa we współpracy z Liberty of London. Wielka szkoda, bo lakier jest naprawdę cudowny...




Zacznę od tego, co tuż po kolorze najbardziej mnie w tym lakierze urzekło. Opakowanie. Co będę dużo pisać: według mnie jest cudowne. Zresztą nie bez powodu zostawiłam sobie tekturowe opakowanie. A ten ptaszek z kwiatkiem na butelce... Ach, boski. Jak dla mnie cała graficzna szata jest niesamowicie wymyślna i baaardzo przyciąga wzrok. Na szczęście przy tym nie trąci ani odrobinę tandetą. Mogę się patrzeć na nie godzinami.... Poza tym bardzo podoba mi się kształt butelki MACa oraz ta matowa zakrętka. Tworzy to bardzo elegancki i skromny całokształt.
Jeśli zaś chodzi o pędzelek to jest on dość długi i troszkę grubszy od pędzelków China Glaze. Maluej się nim bardzo dobrze. Konsystencja jest wciąż świetna, pomimo tego, że mam go już prawie rok, to ani odrobinę nie zgęstniał. Świetnie kryje, jedna grubsza warstwa daje już całkiem dobry efekt. Z tego co pamiętam najdłużej miałam go na paznokciach koło 4 dni i miałam jedynie leciutko, prawie niezauważalnie stare końcówki, więc trwałość jest całkiem niezła. Jednak gdyby nawet trzymał się tylko dzień w dobrym stanie i tak bym go uwielbiała;)


A teraz czynnik przez który ten lakier kupiłam: kolor. Zdecydowanie jest to na mnie dość ciemny niebieski z nutą szarości, która momentami jest naprawdę bardzo widoczna. Myślę, że jest niezwykle elegancki i na jesień idealny, aczkolwiek ja go noszę o każdej porze roku;) Poza tym pięknie się błyszczy bez jakiegokolwiek topu na sobie i efekt ten się dość długo utrzymuje. Przyznam szczerze, że niebieskich lakierów mam bardzo mało, może z cztery sztuki, co jest dziwne, bo przecież jest tyle pięknych odcieni błękitu. Jednak, może już zauważyliście, ja bardzo lubię przykurzone odcienie. I Blue India nie odbiega od tej normy. Gdyby był czystym błękitem, pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi. Jednak w tym wypadku, nie mogłam przejść obok niego obojętnie;)


Słyszałam, że podobno lakier Sally Hansen Gray by Gray jest dość zbliżony do Blue India. Po swatchach w necie mi się wydaje bardziej szary, jednak mam zamiar przekonać się na żywo. Jako że mam możliwość odebrać go w moim mieście za kilkanaście złotych, nie byłabym sobą, gdybym się nie skusiła:) Tak więc, gdy go tylko zdobędę, zrobię porównanie tych dwóch lakierów...

wtorek, 21 czerwca 2011

Wakacyjne rozdania ze świetnymi nagrodami!

Po raz kolejny rozdania. Może tym razem się uda:)


1. Rozdanie u  Beautifultinkerbell


Rozdanie trwa do 30 czerwca.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!


2. Rozdanie u Shevy


Rozdanie trwa do 30 czerwca.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!



3. Konkurs z Candle Room u Idalii


Konkurs trwa do 30 czerwca.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!


4. Rozdanie u Kropeczka33


Rozdanie trwa do 29 czerwca do godziny 15.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!


5. Rozdanie u Siulki


 Rozdanie trwa do 9 lipca do godziny 18.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!


6. Rozdanie u Smieti


Rozdanie trwa do 22 czerwca.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!


7. Rozdanie u Sabbathy


Rozdanie trwa do 31 lipca.
Zgłaszać możecie się TUTAJ!




Powodzenia!:)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

NOTD: Essie - Island Hopping

Ostatnio byłam padnięta i nie miałam sił, żeby robić swatche. Cóż... Praca w sklepie w pierwszy weekend wyprzedaży po 10 godzin dziennie jest cholernie męcząca. A ludzie strasznie drażniący... Zwłaszcza gdy zostawiają po sobie taki bajzel w przymierzalni, jakby tam co najmniej tornado przeszło.. Eh, szkoda słów.
O tym gadać szkoda, więc przechodzę do lakieru, który jest głównym tematem:)



Kolejny w mojej kolekcji Essie. Cóż.. Po OPI są one chyba u mnie na drugim miejscu. W wyglądzie buteleczki najbardziej lubię prostotę. Tak, to jest zdecydowanie to. Bez zbędnych udziwnień. Pędzelek cieniutki, jak we wszystkich Essie, ale bardzo sprawnie się nim operuje. Konsystencja też ok. Czas schnięcia także na plus. Do niczego się przyczepić nie mogę. Krycie bardzo dobre - dwie warstwy są wystarczające.




Jeśli zaś chodzi o kolor to najlepiej oddaje go drugie zdjęcie, w słońcu. Według mnie to przydymiony róż pomieszany z odrobiną fioletu. Odcień bardzo w moim typie. Wydaje mi się taki elegancki i naprawdę świetnie się w nim czuję:)


PS. Byłam dziś w TkMaxxie w moim mieście i jakich to ja tam cudności nie widziałam. Najlepszy z nich był puder firmy Smashbox w dokładnie moim odcieniu za 65 zł. Sprawdziłam, w Sephorze ten sam kosztuje 250 zł. Ach, gdyby tylko on pojawił się po mojej wypłacie, a nie gdy jestem spłukana;) Nie ukrywam: liczę na to, że uchowa on się jakoś w sklepie do lipca albo, że przyjdą one jeszcze w tej cenie. Eh, nadzieja matką głupich;)

sobota, 18 czerwca 2011

NOTD: Ciate - Mistress

Uwaga: kolejna czerwień w mojej kolekcji. Zaczynam chorować na czerwone;)



Butelka jest przeurocza. Totalnie zawładnęła moim sercem i właśnie przez nią zapragnęłam lakieru od Ciate. Co mnie zdziwiło, to gruby pędzelek. Spodziewałam się cienkiego, niczym w Essie, a temu jest zdecydowanie bliżej do OPIkowych pędzelków. Następną rzeczą, która mnie zaskoczyła, to konsystencja lakieru: jest niezwykle rzadki. Gdy zobaczyłam jak kryje od razu skojarzył mi się z pewną moją Inglotową czerwienią i myślałam, że będzie dawać podobny efekt. Nie myliłam się. Przy trzech warstwach wciąż widać końcówki momentami, a wykończenie jest niesamowicie szkliste. Lakier cały czas wygląda jakby się dopiero co go nałożyło. Myślę, że jest to wykończenie typu jelly, jednak mogę się mylić (jak tak, to niech mnie ktoś poprawi, bardzo proszę;)). Ogólnie prawie wszystko mi się w nim podoba, nawet wykończenie przypadło mi do gustu. Jednak jest jeden mankament. Schnięcie. Trwa to całe wieki. Naprawdę, po godzinie jeszcze (już z Seche Vite) potrafiło mi się coś odbić na paznokciu. Nie wiem czym to jest spowodowane (może mam jakiś felerny egzemplarz), jednak strasznie mnie to irytuje...



 Kolor jest piękny, aczkolwiek nie jest to bynajmniej klasyczna czerwień. To czerwień z widoczną nutą pomarańczy. Niczym nie do końca dojrzałe pomidory. Tak mi się właśnie kojarzy. Najlepiej obrazuje ten kolor drugie zdjęcie, tyle że kolor ten wyszedł na nim jakoś mało intensywnie. W rzeczywistości jest niezwykle intensywny, wręcz czasami "daje po oczach". Na zdjęciu z buteleczką natomiast jest zbytnio pomarańczowy, jednak na nim najlepiej widać, jak niesamowicie się ten lakier błyszczy.



PS. Jeśli chciałybyście też przekonać się jaki jest ten lakier to przypominam, że jest on do wygrania w moim rozdaniu, które znajdziecie TUTAJ! :)

czwartek, 16 czerwca 2011

NOTD: OPI - Chop-Sticking to My Story

Zdecydowanie muszę popracować nad systematycznością w notkach. Postaram się więc aby codziennie pojawiało się u mnie coś nowego, zwłaszcza że czasu mam teraz troszkę więcej.
Dzisiaj na tapetę idzie jeden z moich nowszych OPIkowych nabytków, czyli Chop-Sticking to My Story.



O buteleczce nie mam co wspominać, gdyż nie odbiega w żaden sposób od OPIkowej normy. Podobnie konsystencja, aplikacja i pędzelek. W skrócie - nie zostałam niczym niemile zaskoczona. Na szczęście.



Kolor to lekko przykurzony pomarańcz. Na pierwszym zdjęciu widzicie go w cieniu, na drugim w pełnym słońcu. Jak wygląda naprawdę? Bardziej tak, jak na zdjęciu w słońcu, tyle że jest mniej intensywny. Mi się kojarzy z dynią i świętami Bożego Narodzenia (czemu z nimi zbytnio nie wiem - tak mi się kojarzy i już;)). Co ciekawe, zawsze, odkąd pamiętam, nienawidziłam koloru pomarańczowego. W tym jednak po obejrzeniu swatchy w necie się zakochałam. Właśnie przez to, że jest lekko przykurzony. Gdyby natomiast był wściekłą pomarańczą zapewne bym go nie kupiła;)

niedziela, 12 czerwca 2011

NOTD: Rimmel Lycra Pro - Blue Vogue

Oto chyba najciemniejszy lakier ze wszystkich w mojej kolekcji. Tak ciemny, że niewprawione oko może twierdzić momentami, iż to czerń w czystej postaci. Jednak nie, czerń to nie jest. Kolor ten jest o wiele ładniejszy niż prosta czerń....


 Lakier ten zamknięty jest w 12 ml zgrabnej buteleczce, którą dobrze trzyma się w dłoni. Denerwuje mnie jednak zbyt duża ilość informacji na niej umieszczona, przez co najważniejsze rzeczy są mało czytelne. Jednak pod tym względem preferuję prostotę.
Pędzelek w tej serii jest jeszcze grubszy niż w OPI. Właściwie to nie mam lakieru, który miałby grubszy pędzelek. Zaokrąglony kszatłt pędzelka naprawdę pomaga mi w aplikacji. W moim wypadku jest ona więc bezproblemowa, jednak osobom o wąskiej płytce ten lakier odradzam.
Jest to też kolejny lakier w mojej kolekcji, który jest jednowarstwowcem. Jednak i w tym wypadku na zdjęciach możecie zobaczyć dwie warstwy.
Konstystencja też jest w sam raz. Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki, pomimo tego, że mam już go ponad rok i właściwie od niego się zaczęła moja lakierowa mania.
Teraz najważniejsze: kolor. Zdecydowanie jest to granat. Ciemny granat z drobinkami. W buteleczce pod lampą dostrzegam drobinki różowe, niebieskie i zielone. Na paznokciu natomiast widoczne są tylko te niebieskie. Kolor ten w słońcu cudnie się mieni i wygląda naprawdę niesamowicie. W cieniu tego efektu tak bardzo nie widać i przez to wydaje się ciemniejszy niż jest w rzeczywistości. Chociaż nie przepadam za ciemnymi lakierami, to jednak ten kolor bardzo lubię.



Jeszcze zdjęcie z fleszem, na którym najlepiej widać drobinki o których pisałam. Jednak jeśli chodzi o kolor to najlepiej oddany jest na zdjęciu pierwszym.


Na koniec, jako bonus, zdjęcie Blue Vogue z topem matującym z Essence. Jak widać efekt, który daje to bardziej satyna niż mat, ale za taką cenę (około 8 zł) nie ma co spodziewać się cudów. O ile efekt matowych lakierów bardzo mi przypadł do gustu, tak w tym wypadku kompletnie mi się nie podoba, gdyż niestety, lakier ten traci wtedy większość swojego uroku....

piątek, 10 czerwca 2011

NOTD: Colour Alike - Weekendowy Szał

Oto kolejny, a zarazem ostatni (póki co!) lakier firmy Barbra w mojej kolekcji. Weekendowy Szał podobno jest dość dobrym odpowiednikiem Paradoxala od Chanel. Tego niestety nie sprawdzę, gdyż tego drugiego nie posiadam.


O innym lakierze tej firmy już wspominałam niedawno, więc nie będę się powtarzać, gdyż większość dotyczy też i Weekendowego Szału. Nowością jednak jest dla mnie to, że akurat ten kolor jest świetnym jednowarstwowcem. Pierwsza warstwa lakieru już świetnie kryje, co mnie niesamowicie zdziwiło, gdyż rzadko mi się to zdarza. Na zdjęciu co prawda widzicie dwie warstwy, jednak wynika to z tego, iż ja ZAWSZE daję tyle warstw, o ile nie więcej. Właściwie to nie wiem z czego to u mnie wynika;)
Jeśli zaś chodzi o kolor to wiecie, że ja kocham kremowe lakiery, a innych wykończeń na swoich paznokciach nie toleruję. Tutaj zrobiłam wyjątek. Po obejrzeniu swatchy w internecie kolor tak mi się spodobał, że musiał być mój.Właściwie nie wiem jak go opisać. Jest to coś na pograniczu brązu, a fioletu. Najprościej powiedziałabym, że to brąz z fioletowymi drobinkami. Jednak nie byłoby to prawdą. A może określenie fioletowo-brązowy schimmer by pasowało? Cóż, jak dla mnie to nieokreślony kolor z subtelna "drobinkową" poświatą:)



Dodaję zdjęcie lakieru w buteleczce, gdyż wydaje mi się, że ono najwierniej oddaje i kolor i efekt "drobinkowej" poświaty.


Z tego co widziałam na swatchach znalezionych w sieci, Dusky Mauve od Barry M też jest bardzo podobny do Paradoxala. Dlatego też właśnie go wybrałam na prezent dla Was w moim trwającym właśnie rozdaniu:)


PS. Dostałam pracę na wakacje, więc może mnie tu być troszkę mniej. Cóż... trzeba zarabiać na nowe lakiery;)

czwartek, 9 czerwca 2011

NOTD: Barry M - Cobalt Blue + Special Effects

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do pękających lakierów. Jednak stało się - uległam modzie i zdecydowałam, że kupię jeden na spróbowanie.


Jak widać zdecydowałam się na pękacza firmy Barry M. Początkowo miał to być lakier pękający od Essence, jednak początkowo nie mogłam go znaleźć w żadnej Naturze, a w końcu stwierdziłam, że w porównaniu do innych tego typu lakierów, pęka niezbyt fajnie, więc poszukiwań zaprzestałam. Jednak dlaczego Barry M, a nie moje ulubione OPI czy China Glaze? A dlatego, że pękacze OPI są dość drogie, a nie chciałam wydawać jakichś wielkich sum na lakier, który miał szansę zostać raz przetestowanym i pozostać nietkniętym przez lata. China Glaze natomiast odpadło ze względów estetycznych - efekt pękania mniej mi się w ich wypadku podobał niż u Barry M. Tak więc wygrał pękacz Barry M, do którego domówiłam sobie jeszcze dwa dodatkowe lakiery (Cobalt Blue dla mnie i Dusky Mauve na rozdanie). Gdyby ktoś był zainteresowany, to zamawiałam go na stronie asos.com, gdzie wysyłka do Polski niezależnie od wartości zamówienia jest darmowa, a lakier ten kosztuje 4 funty.
No to teraz przejdźmy do konkretów. Pierwszą rzeczą która mnie zdziwiła była szybkość wysychania tego lakieru i tworzenia pęknięć na paznokciu. Cóż, powiem tylko, że w tym wypadku nie można się ani przez moment zawahać, gdyż lakier naprawdę szybko zaczyna się rozdzielać. Następnie zdziwił mnie (właściwie nie wiem dlaczego) fakt, że lakier ten po popękaniu jest matowy i jego kolor jest lekko "wyblakły". Dlatego też pokrycie go warstwą top coatu jest raczej niezbędne, aby utrzymał się on przez dłuższy czas. Mnie osobiście odrobinę denerwowało to, że nie jest się w stanie otrzymać idealnie równej powierzchni, ale wiem, że dla wielu osób to nie ma większego znaczenia. Sam efekt spękania natomiast niezwykle mi się podoba. Tak, podoba mi się, ale nie pasuje to do mnie. Dlatego też będzie to raczej mój pierwszy a zarazem ostatni tego typu lakier. Źle się czułam mając go na paznokciach, gdyż wg mnie, niesamowicie przyciąga wzrok, a ja nie lubię na codzień wzbudzać nadmiernego zainteresowania;)

Tak poza tym, to odkryłam, że takie pękające wzorki niezmiennie kojarzą mi się z kreskówką o Flinstonach i nic nie jestem w stanie na to poradzić.


PS. O lakierze Cobalt Blue będzie osobna notka, gdyż chcę go pokazać dokładniej, ponieważ kolor jest naprawdę bardzo ładny. Przypomina mi Dating Royal OPI, który swojego czasu był moim wielkim marzeniem:)

wtorek, 7 czerwca 2011

Pierwsze rozdanie farfallebelle!

Oto nadszedł ten dzień. Postanowiłam zorganizować moje pierwsze rozdanie. Nagrody skromne, ale mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu i spróbujecie szczęścia:)


A oto co dla Was przygotowałam:)


  • Regenerujący balsam do ciała BeBeauty Green Nature 
  • Jedwab w płynie Biosilk
  • Gąbeczka do twarzy wykonana z gąbki PVA
  • próbki kremów BB marki Skinfood: Red Bean i Aloe
  • Ciate Paint Pots - Mistress
  • Barry M - Dusky Mauve
  • Essence - Circus Confetti
  • Wibo Express Growth nr 312
  • Miss Sporty nr 341
  • Essence Colour&Go - Sundancer
  • Vipera Jumpy nr 168
Lakier Jumpy oraz żółciak z Essence były próbowane przeze mnie na jednym paznokciu, więc jeśli ktoś ich z tego powodu nie chce bardzo proszę o takową wiadomość w komentarzu.
Oprócz nich oczywiście wszystko jest nowe i nieużywane:)



Warunkiem koniecznym do wzięcia udziału w tym rozdaniu jest bycie moim obserwatorem oraz podanie w komentarzu nicku pod jakim mnie obserwujesz oraz maila. Dodatkowe losy można zdobyć za:
  • notkę o moim rozdaniu
  • dodanie mnie do blogrolla
Oprócz tego osoby, które kojarzę z komentarzy w dowód mojej wdzięczności dostają automatycznie dodatkowy los.


Wszystkie informacje, tj. nick pod jakim mnie obserwujecie i adres mailowy oraz fakultatywnie link do notki o rozdaniu oraz swojego bloga, podajcie w jednym komentarzu.



Rozdanie trwa do 1 lipca do godziny 23:59.



Powodzenia!:)

NOTD: Colour Alike - Stalowe Nerwy

Większość blogosfery zachwyca się lakierami Colour Alike. Musiałam więc sprawdzić i ja, co w nich takiego jest. Niestety, wpadłam po uszy. Też się teraz mogę zachwycać;)



Buteleczka mieści w sobie 8 ml i jest skromna, bez udziwnień. Za to duży plus. Z tyłu znajdziemy natomiast podstawowe informacje, jak choćby datę ważności lakieru.
Pędzelek jest bardzo fajny we współpracy. Dosyć krótki i szeroki. Osobom o wąskiej płytce paznokcia może się nie spodobać, ja jednak takie lubię najbardziej. Oczywiście nie ma jakichkolwiek problemów w nakładaniu, a dwie warstwy dają w moim wypadku pełne krycie.
Kolor natomiast jest niezwykle elegancki, stonowany. Słowo "stalowe" w jego nazwie idealnie opisuje ten kolor. Ciemna stal. Niezwykle mi się podoba, chociaż momentami dostrzegam w nim niebieskie nuty, nie wiedząc dlaczego. Dla wielu osób jest to zapewne odcień typowo jesienno-zimowy, ja jednak nie mam żadnych oporów przed noszeniem go latem:)


Pierwsze zdjęcie najwierniej oddaje kolor, jednak dodaję jeszcze zdjęcie z lampą. W nim najbardziej dostrzegam te niebieskie nuty;)

czwartek, 2 czerwca 2011

NOTD: China Glaze - For Audrey

Wybaczcie takie przerwy w dodawaniu notek, ale intensywnie szukam pracy na wakacje i równie intensywnie zamartwiam się moim uszczuplającym się stanem konta... Mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się wyjaśni i mój nastrój będzie lepszy. Tymczasem... pogorszyła go jeszcze aplikacja lakieru, o którym dziś mowa.



For Audrey. Ach, cóż za piękna nazwa. Eh, cóż za trafne nawiązanie. Och, jaki niesamowity kolor. Tak właśnie zachwycałam się długi czas tym, osławionym już w blogowym światku, lakierem. Wiedziałam, że muszę go mieć. No i stało się. Mam go...



Kolor mnie nie zawiódł. Jest piękny. Czysty, jasny błękit, z odrobinką zieleni. Inspirowany jest on oczywiście kolorem pudełek od Tiffany'ego, jednak czy jest on faktycznie podobny, nie jestem w stanie stwierdzic, gdyż nigdy owego pudełka w rękach nie miałam. Patrząc jednak na zdjęcia w sieci, myślę, że kolor jest bardzo zbliżony, o ile nie identyczny.
To tyle jeśli chodzi o zalety. Teraz pora na wady. Cóż, malowanie paznokci tym kolorem to dla mnie istna katorga. Możliwe jednak, że ja robię coś źle. O ile w Below Deck bez problemu nabierałam na pędzelek odpowiednią ilość lakieru, tak tu wiecznie nabieram go za dużo. Z tego też powodu zapewne tworzą mi się na nim okropne bąbelki. Zauważyłam jednak, że po utwardzeniu lakieru warstwą Good to Go, znikają. Ok, dyskomfort w malowaniu może wynikać z mojej winy, jednak fakt, że na bazie Nail Tek, oraz pomalowany top coatem Essie nie wytrzymał w świetnym stanie nawet jednego dnia, nie wydaje mi się już wynikiem mojego amatorstwa w malowaniu paznokci.
Cóż... na pewno zrobię do niego kolejne podejście. Już chyba trzecie, jak nie czwarte. Jednak kolor mi się niesamowicie podoba i niezmiernie ciężko mi przeboleć to, że póki co nie chce ze mną współpracować....
Właściwie to po cichu liczyłam na to, że China Glaze chociaż trochę zagrozi pozycji OPIków, jako moich lakierowych ulubieńców, jednak teraz wiem, że raczej nic takiego nie nastąpi...