Obserwatorzy

niedziela, 30 grudnia 2012

Moja aktualna pandorowa kolekcja...

Tak jak zapowiedziałam, dziś pokażę Wam jak aktualnie prezentuje się cała moja pandorowa kolekcja... Post ten też na pewno będzie krótszy niż wczorajszy, bo co tu dużo pisać.. Pandorę albo się kocha albo nie, po prostu;)


Na zdjęciu powyżej widzicie stan mojej bransoletki przed świętami. Jak widać, jest o dwa charmsy więcej niż ostatnio. Serce miałam w planach już dłuższy czas, a wisząca lilijka jakoś tak po prostu wpadła mi w oko.


Jako prezent świąteczny od mojego pana J, po "delikatnej sugestii", otrzymałam takie oto kolejne dwa charmsy. Niestety, zapomniałam zrobić zdjęcie mojego aktualnego zapełnienia bransoletki, jednak postaram się to przy okazji nadrobić... Teraz w planach mam trochę korali z elementami złotymi na tą bransoletkę, jednak z tym zakupem prawdopodobnie poczekam na jakąś promocję typu "3 za 2".

Dodatkowo zaczynam nową, zupełnie inną pandorową bransoletkę, do której to kupiłam już element główny, czyli... pięknie zdobioną, ażurkową koronę.


Aktualnie czekam jeszcze aż zza wielkiej wody dotrze do mnie rzemyk do niej i już z niecierpliwością przebieram nogami;)


Eh, oficjalnie jestem już chyba uzależniona od Pandory... Aż się boję co to będzie, gdy pojawi się u nich nowa kolekcja;)

sobota, 29 grudnia 2012

Spory haul kosmetyczny

Znów sporo mnie tu nie było. Jednak w tym czasie w moim życiu zaszło kilka miłych zmian, dzięki którym powinno mnie być tu więcej. Główną zmianą jest to, że rezygnuję z pracy, gdyż chwilowo nie muszę pracować. Wynika to z tego, że dostałam stypendium na uczelni, dzięki któremu mogłam sobie pozwolić na tak duże zakupy kosmetyczne. Zresztą, jak same zobaczycie, nie tylko kosmetyczne. Tak więc dziś post chwalipięcki a wkrótce postaram się z Wami podzielić moimi odczuciami na temat nowych nabytków....


Może na początek, zachowując jakąkolwiek kolejność chronologiczną, pokażę Wam moje zakupy sprzed około miesiąca, które sfotografowałam, a nie miałam kiedy ich tutaj wrzucić..


Właśnie wtedy dorwałam w Douglasie cudo z tuszem do rzęs i błyszczykiem do ust Estee Lauder za jedyne 39 zł. Tuszu jeszcze nie używałam, za to błyszczyk mi bardzo przypadł do gustu - ma świetny odcień i nieźle się trzyma. Dodatkowo, w tym samym Douglasie, kupiłam pomadkę do ust (z serii slim gel lipstick) w odcieniu nr 46. Jestem nią trochę rozczarowana, gdyż testując ją w drogerii byłam przekonana, że to taki mocny róż, jednak przy testach naustnych w domu, wyszło na to, że to po prostu czerwień z różowymi tonami. No cóż... Bywa...
Wykorzystałam również koło miesiąca temu, bon na 35 zł, który dostałam za punkty, na kupno jedynego brakującego w mojej kolekcji różu The Balm, czyli Frat Boy'a. Zakupu w żadnym wypadku nie żałuję, bo jest on genialny! Swoją drogą... Właśnie teraz uświadomiłam sobie, że marka The Balm chyba przeważa w moich zbiorach makijażowych... Jednak w ogóle mnie to nie dziwi;)


Kilka tygodni temu dostałam także od Golden Rose dwa lakiery do testowania.


Oczywiście już je przetestowałam, jednak nie miałam czasu zrobić swatchy, więc ich recenzja powinna się tutaj wkrótce pojawić. Wstępnie Wam powiem, że według mnie Jolly Jewels to jedna z ciekawszych serii lakierowych, która pojawiła się ostatnio na polskim rynku. Gdyby nie to, że ich wysepka znajduje się na drugim końcu miasta i mi tam kompletnie nie po drodze, na pewno przygarnęłabym kilka innych odcieni...


To teraz będą te "świeże" zakupy. Jak wiecie, bądź nie (;)), Sephora oraz Marionnaud mają -30% na całą kolorówkę. Taaaaak, to jest coś, obok czego przejść obojętnie nie potrafiłam.... Oto więc co kupiłam:


W Marionnaud obkupiłam się w dwie firmy. Pierwszą z nich był Guerlain. Tutaj zaszalałam i kupiłam dwie puszki Meteorytów w odcieniach Teint Rose (01) i Teint Beige (02). Do tego skusiłam się również na meteorytowy, matujący puder w kompakcie również w odcieniu Teint Rose (01). Tym oto sposobem mój guerlainowy głód został na dłuższy czas (mam nadzieję;)) zaspokojony.



Drugą firmą, w której kosmetyki się obłowiłam, jest oczywiście The Balm. Nie mogło być inaczej.. Zwłaszcza, gdy po dłuugim czasie i utracie nadziei, zobaczyłam w mojej perfumerii paletkę Nude'tude. Musiała być moja, a ze zniżką -30% wyszła mnie mało, bo tylko 63 zł (cena regularna 89 zł). Nie mogłam się oprzeć po prostu.
Nie oparłam się również urokowi paletki Balm Jovi, która również zawiera świetne cienie, z boskimi nazwami oraz dwie szminki, róż i rozświetlacz. Ta paletka w promocji wychodzi trochę drożej, bo koło 100 zł (normalnie około 140). Do tego dobrałam jeszcze kolejny błyszczyk tejże firmy, w którym oprócz koloru urzekła mnie nazwa, Material Girl. Nic dodać nic ująć;)


Sephora natomiast  skusiła mnie dwukrotnie, po raz pierwszy przed świętami, a po raz drugi, po świętach, rabatem na kolorówkę.


Przed świętami Sephora wykazała się w moim wypadku bardzo dobrym wyczuciem czasu, gdyż wysłała mi smsa z informacją o zniżce -20% na wszystkie zapachy, dokładnie w momencie, gdy przeczytałam, że stypendium zostało wypłacone i lada moment będzie na moim koncie. Tak więc uznałam to za znak i czym prędzej pognałam po perfumy Lady Gaga - Fame. Ich zapach mnie już jakiś czas temu zaciekawił, a że owa zniżka się przytrafiła, to postanowiłam się w końcu skusić.
Korzystając natomiast z aktualnej promocji na kosmetyki makijażowe, kupiłam róż Benefitu - Hervanę. ten kosmetyk kusił mnie od dnia premiery, jednak z racji jego ceny (145 zł), zawsze było coś, na co chętniej wydałam pieniądze. Teraz jednak się  skusiłam i mam nadzieję, że nie pożałuję....



Notka się zrobiła strasznie długa, więc już kończę na dzisiaj. Właściwie to pokazałam Wam wszystko z kosmetyków, co kupiłam w ostatnim czasie. Lecą jeszcze do mnie trzy lakiery OPI (w tym jeden z serii Mariah Carey), jednak je zaprezentuję Wam gdy już będę mieć je w domu.
Jutro natomiast pokażę Wam moją aktualną Pandorową kolekcję, która się znacznie ostatnio rozrosła...


Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Wam wszystkim, za to że wciąż ze mną jesteście, nawet pomimo mojej długiej nieobecności i sporych przerw. Dziękuję Wam i już szykuję dla Was wszystkich jakąś niespodziankę:)


wtorek, 13 listopada 2012

China Glaze - Skyscraper

Zaniedbałam bloga tak, że aż wstyd. Muszę przyznać, że dwa kierunki oraz praca totalnie mnie wykańczają. Zwłaszcza teraz, gdy tydzień w tydzień mam po kilka kolokwiów. Jednak, na szczęście, do piątku mam spokój, więc w końcu znalazłam czas, żeby co nieco tu skrobnąć.



Lakierem, który chcę  Wam dziś na szybko zaprezentować jest jeden z lakierów wchodzących w skład zeszłorocznej jesienno-zimowej kolekcji od China Glaze. Swoją drogą jest to według mnie jeden z najlepszych lakierów z tej kolekcji. Nakłada się go bardzo dobrze, ma odpowiednią konsystencję. Jednak pomimo tego do pełnego krycia potrzebowałam aż trzech warstw (chyba to już taki urok brokatowych wykończeń). Oczywiście sam lakier jest lekko chropowaty, jednak użycie topcoatu te nierówności znacznie niweluje. Niestety jego trwałość na moich paznokciach jest średnia - około 2 dni.


 Sam odcień lakieru uważam za bardzo interesujący. To taka niebieska baza z mnóstwem srebrno-niebieskich drobin. Nic podobnego nie posiadam w swojej kolekcji, dlatego też dla mnie jest to bardzo interesujący i niepowtarzalny lakier. W dodatku idealnie pasuje do jeansów, zwłaszcza o aktualnej porze roku.


A na koniec jeszcze się pochwalę, że Douglasy w moim mieście się bardzo prężnie rozwijają. Jeden powiększył swoją ofertę kosmetyków o kosmetyki marki Bobbi Brown  (chyba dla mej rychłej zguby...). Natomiast drugi poszerzył swój asortyment o produkty Inglota. Ba, właściwie to cała mini wysepka inglotowska tam jest wstawiona. Zważywszy na to, jak lubię wszelkie programy partnerskie myślę, że od teraz produkty Inglot będę kupować tylko tam, gdyż w takiej sytuacji uzbieranie tych 450 pkt na bon jest całkiem realne...Do pełni szczęście brakuje mi tylko MACa u mnie w mieście, albo chociaż w Katowicach.... Będę więc trzymać kciuki za spełnienie tych "marzeń";)

środa, 17 października 2012

Fennel - Cukrowy peeling do ciała z papają

Jako że choroba rozłożyła mnie na łopatki, dzisiejszy post będzie dość krótki, aczkolwiek, mam nadzieję, treściwy.. Natomiast z racji tego, że obecnie kuruję się w domu, postaram się przygotować dla Was kilka nowych wpisów, gdyż jeżdżąc na uczelnie niezbyt mam na to czas... Jednak przechodząc do sedna...



Zacznę od tego, co zawsze, czyli od opakowania. Jest ono standardowe dla większości tego typu produktów:  szerokie, a przy tym dość płaskie, co ułatwia wydobywanie produktu. Wykonane jest z mocnego plastiku i przeżyło już nie jeden u mnie upadek;) Niestety, jak widzicie na zdjeciach, etykiety od razu po kontakcie z nawet najmniejszą ilością wody, rolują się, co mnie osobiście zawsze lekko drażni... W dodatku pewnym minusem, jeśli chodzi o opakowanie, jest dla mnie sposób zamknięcia. Nie wiem dlaczego, ale miałam straszny problem, żeby zakręcić pokrywkę tak, by idealnie przylegała do opakowania. Gdy już myślałam, że "operacja" się powiodła, okazywało się, że z drugiej strony wciąż pozostała sporej wielkości szpara. A, że ja nie lubię, gdy coś nie jest tak jak powinno, to cały zabieg przeprowadzałam od nowa, aż do skutku;)


Oryginalnie w opakowaniu znajdziemy 200 g produktu, zabezpieczone sreberkiem. Dla mnie zawsze będzie to duży plus i mam nadzieję, że coraz więcej firm będzie decydować się na odpowiednie zabezpieczanie swoich produktów.
Peeling ma zbitą i dość twarda konsystencję, jednak nie miałam większych problemów z rozprowadzeniem go na ciele. W dodatku, jak widać na zdjęciach ma dość spore drobinki peelingujące, które są przy tym odpowiednio ostre. Zapach owegu scrubu nie urzekł mnie jakoś szczególnie - owszem, jest dość ładny, jak dla mnie lekko cytrusowy, jednakże mój nos wyczuwa w nim pewną "sztuczność". Myślę jednak, że wielu osobom przypadnie on do gustu, a mój nos po prostu "wydziwia";)
Największą wadą tego peelingu jest dla mnie jego kiepska wydajność w porównaniu do ceny (około 30 zł). Jednak myślę, że nie jest to wada tylko i wyłącznie tego jednego produktu, ale wszystkich peelingów cukrowych. Swoją drogą... może  Wy znacie jakiś peeling cukrowy, który wystarczy na więcej niż kilka (porządnych porcjowo;)) użyć?;>

Ogólnie uważam, że cukrowy peeling Fennel to bardzo fajny produkt i na pewno skusiłabym się na niego ( w innej wersji zapachowej), gdyby był odrobinkę tańszy... Kto wie, może kiedyś uda mi się go dorwać w jakiejś ciekawej promocji... Cóż... będę czekać;)

sobota, 6 października 2012

Pandorowy debiut...

Dziś nastąpił ten dzień. Dzień, gdy korzystając z promocji z Elle/InStyle mogłam dokonać moich piewszych w życiu (ale nie ostatnich) pandorowych zakupów i przy okazji dostać gratis bransoletkę (przy zakupie od 299 zł). Tak więc siedzę i podziwiam i napatrzyć się nie mogę. A i pochwalić się muszę;)


To dopiero początek, a ja już mam wizję całej zapełnionej bransoletki. Ba, nawet następną już planuję. Czuję się wciągnięta i uzależniona.... Teraz by się tylko przydało otrzymać stypendium, co by móc nowe charmsy regularnie kupować.
A w dodatku całe moje zakupy zostały tak pięknie zapakowane, że aż żal było tego otwierać. Kocham taką dbałość o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Sprawia, że chce się wracać;)

niedziela, 30 września 2012

S.T.A.M.P.S-maniakiem być....

Znów mnie dlugo nie było... Niestety w moim życiu w ostatnim czasie pojawiło się trochę problemów,jednak mam je już za sobą. Teraz moim największym zmartwieniem będzie nadchodzący rok akademicki, w którym czeka mnie nie lada wyzwanie, czyli pogodzenie ze sobą dwóch kierunków, pracy oraz hobby,jakim jest prowadzenie tego bloga. Mam nadzieję, że mi się uda:)

Jakiś czas temu wspominałam Wam, że czekam na swój prezent urodzinowy, który zaginął. Liczyłam, że się odnajdzie, jednak to nie nastąpiło. W dodatku sprzedająca cały czas kręci i miga się od wysłania potwierdzenia nadania czy złożenia reklamacji na poczcie. W końcu obiecała mi (a raczej mojemu chłopakowi, bo to on zamawiał) zwrot pieniędzy... Mam nadzieję, że to w końcu nastąpi.... Faktem jest jednak, że przez tą sytuację miałam do wybrania "zaległy prezent". Jako że bardzo mi do gustu przypadła nowa kolekcja tarcz S.T.A.M.P.S. w ramach prezentu otrzymałam jedną z nich...


Jest to już moja czwarta tarcza i na pewno nie będzie ona ostatnią.. Wynika to z tego, że posiadam kartę stałego klienta, gdzie za każdy zakup tarczy otrzymuję pieczątkę, a po uzbieraniu sześciu mam jedną tarczę za darmo. Dzięki użyczeniu karty (i rabatu;)) znajomemu, już przy następnym zakupie tarczy będę mogła sobie wybrać również tą gratisową. Eh, muszę przyznać, że wszelkie karty stałego klienta, jakoś tak bardziej skłaniają mnie do zakupu... A gdy wpadnę w jakąś nową manię, to ciężko z niej "wypaść";)
Dlatego też aż się boję dnia, gdy kupię pierwszą bransoletkę Pandory... Wtedy popłynę finansowo...

A czy Wy macie jakieś swoje "manie"?;>

niedziela, 9 września 2012

Powracam...

Trochę mnie tu nie było, jednak już wracam do blogerskiego świata... Dziś nie pojawi się żadna recenzja, za to będzie trochę mojej gadaniny, czyt. prywaty;)
Tak więc... Egzamin napisałam. Wciąż czekam też na mój urodzinowy prezent, który raczej na pewno do mnie nie dotrze... Szczerze powiedziawszy podejrzewam, że sprzedająca sprzedała mi coś, czego na stanie nie miała, a teraz próbuje sie wykręcić. W każdym razie potwierdzenia nadania mi nie udostepni, bo są na nim dane innych osób również, których ona przecież nie zamaże w jakimkolwiek programie, bo przecież nie ma czasu... Powiem Wam, że bardzo się przejechałam i czekam na dalszy rozwój sytuacji... Właściwie to teraz zależy mi jedynie na odzyskaniu swoich pieniędzy...

A teraz z innej beczki, jednak również zakupowej....
Po obejrzeniu zapowiedzi kolekcji na nadchodzącą zimę na moją wishlistę dodałam kilka pozycji. Obowiązkową pozycją są na niej nowe kulki od Guerlain - Perles de Dragon. Do tego po wstępnym obmacaniu w Sephorze bardzo bym chciała również nowe, limitowane, prasowane pryzmy od Givenchy. W oko wpadły mi także cienie do powiek, które szykuje dla nas Clarins.
Lakierowych "muszmieciów" nie mam zbyt wiele, jednak najważniejszy jest jeden. OPI- The Man With The Golden Gun. Cenę ma bardzo mało przyjazną (koło 30 dolarów), jednak efek, który daje zapowiada się interesująco.
Na moją wishlistę trafiło także kilka tarcz z nowej kolekcji S.T.A.M.P.S. oraz, o dziwo, bransoletka z Pandory (macrame, eh, cudo) i kilka charmsów tejże firmy. Eh, źle to, że Pandora zaczyna mi się podobać, bardzo źle.. dla mojego portfela...
Skąd ja na to wszystko pieniądze wezmę, to ja nie wiem;)


A tak z ciekawości... Jakie są Wasze "muszmiecie" na nadchodzący sezon?:)


wtorek, 28 sierpnia 2012

Coś, czego dawno tutaj nie było, czyli... lakierowy haul!

Ostatnio wspominałam, że cierpię na lakierowy przesyt... Uroczyście mogę oznajmić, że kryzys został zażegnany i aktualnie moje dwa pudełka z lakierami zostały już całkowicie zapełnione. A w oko wpadło mi jeszcze kilka lakierów, które zapewne prędzej czy później kupię... Zastanawiam się tylko, gdzie będę je trzymać... Bo miejsce i na lakiery i na kosmetyki, powoli się mi już kończy... Jednak ja tu nawijam, a miałam Wam przecież moje zakupy pokazać. Tak więc... Oto i one:


Lakiery ustawione w górnym rzędzie kupiłam na transdesign (klik!). Po raz kolejny mogę polecić ten sklep w 1000%. Wszystko przebiega sprawnie, a wysyłka dotarła do mnie w kilka dni. Uwielbiam tam robić zakupy, pomimo tego, że koszty wysyłki wzrosły do 23 dolarów i Essie nie kosztują już 4$.. Jednak i tak nie jest źle i się opłaca. W dodatku mi się udało zmieścić do paczki 10, a nie standardowo 9 lakierów;)
A teraz co po kolei wpadło w moje ręce.
Skusiłam się na dwa lakiery Color Club - Alias oraz Wild at Heart. Pomimo tego, że lakiery CC średnio lubię (chociaż trzymają się na moich paznokciach chyba najlepiej ze wszystkich!) to kolory te tak mnie urzekły, że nie mogłam się oprzeć. Oczywiście skusiłam się również na lakier OPI - Berlin There Done That. Inaczej być nie mogło. Na zdjęciu wyszedł jakoś bardzo szaro-buro, jednak na żywo to świetny, mało "nudziakowy" kolor. Z China Glaze skusiłam się na Skyscraper, który po głowie chodził mi już dłuższy czas... Dodatkowo, jakby na wypróbowanie, wzięłam lakier z nieznanej mi dotąd firmy Barielle (w sensie... słyszałam o niej, widziałam swatche, ale styczności dotychczas nie miałam;)) w ciekawym kolorze A Bouquet for Ava. Jestem bardzo ciekawa jak się spisze. Dodatkowo kupiłam także nową butelkę Poshe, który jest niezmiennie moim ulubionym topcoatem.

Natomiast dwa Essiaki w dolnym rządku kupiłam na paatal (klik!). Każdy kosztuje 15,99, jednak ja skorzystałam jeszcze z 10% rabatu i każdy wyszedł mnie koło 14 zł, więc okazja nie lada. Tym bardziej, że kolory które ja wybrałam, czyli Orange, It's Obvious oraz Bangle Jangle, pochodzą z bardzo "świeżych" Essiakowych kolekcji. Co mnie bardzo ucieszyło, to fakt, że pomarańczowy Essiak jest w wersji europejskiej, czyli ma gruby pędzelek. Chociaż z drugiej strony, to obawiam się, że jeśli się sprawdzi to we wrześniu popędzę do Super-Pharmu po kilka innych Essie do kolekcji....


A na koniec chcę się Wam pożalić... Mam ostatnio bardzo zły nastrój, gdyż mój prezent urodzinowy zaginął w akcji, co mnie bardzo martwi, gdyż jest to moje długo wyczekiwane Guerlainowe cudeńko... Jednak nie tracę nadziei.
W dodatku, jakby tego było mało, za tydzień czeka mnie  trudny egzamin. Co prawda jest to pierwszy termin (tak, mamy pierwszy termin we wrześniu, fajnie, nie?;/), jednak tak bardzo chciałabym go zaliczyć, a przy tym cholernie mi się nie chce do niego uczyć. W dodatku dzień przed egzaminem mam swoje urodziny, które spędzę z nosem w książkach. Po prostu cudownie....
Tak więc... przez najbliższy tydzień zapewne będzie mnie tu mało, jednak mam nadzieję, że zaczekacie na mnie;)

niedziela, 26 sierpnia 2012

Golden Rose Rich Color nr 12

Dziś przedstawię Wam lakier z najnowszej serii Golden Rose.  Z tego co widziałam, to seria ta zbiera same pochwały. Więc... czy i mi przypadła ona do gustu? Oto jest pytanie;)


Od razu na wstępie zaznaczę, że urzekła mnie buteleczka (ach, ta stylizowana na metalową nakrętka) oraz pędzelek. Ten jest jak dla mnie świetny: ma fajny kształt oraz jest "grubaśny", czyli taki jak lubię;) Buteleczka natomiast jest porządna i wbrew pozorom dość "masywna". Etykiety na niej nie są przeładowane informacjami, dzięki czemu według mnie całość jest miła dla oka.
Mój egzemplarz lakieru ma dość rzadką konsystencję, jednak bardzo dobrze się go rozprowadza na płytce paznokcia. Niestety, nie jest to jednowarstwowiec. W przypadku tego odcienia wskazane są przynajmniej dwie warstwy, a może nawet i trzy by się przydały. W każdym razie efekt, który daje jedna warstwa jest na pewno niewystarczający. Na szczęście lakier szybko schnie, więc konieczność nakładania kilku warstw nie stanowi dla mnie jakiegoś wielkiego problemu.




Kolor lakieru to mocny, momentami lekko neonowy róż. Zdecydowanie rzuca się w oczy. Nie widać w nim właściwie żadnych innych tonów kolorystycznych. Czysty, wyraźny róż. Nie będę ukrywać - nie jest on w moim typie, jednak przyda się gdy najdzie mnie ochota na lekkie paznokciowe "szaleństwo";)
Jak widać na dwóch pierwszych zdjęciach, lakier ten nie wysycha na wysoki połysk. Wręcz daje bardziej satynowy efekt, który zresztą jest dość charakterystyczny dla neonowych lakierów. Na dwóch kolejnych zdjęciach lakier pokryty jest natomiast nowym topem, również od Golden Rose, o nazwie Gel Look Top Coat. I jak widać, połysk daje on naprawdę świetny. Jednakże o nim będzie mowa w osobnym poście;)

Jeśli byłybyście zainteresowane to lakiery z tej serii można kupić m.in w sklepie Golden Rose (klik!) za jedyne 6,90 zł. Jak dla mnie to cena jest bardzo atrakcyjna i sama wkrótce zapewne skuszę się na inne odcienie z tej serii.


A jak Wam się podoba nowa seria od Golden Rose?;>

czwartek, 23 sierpnia 2012

Fennel - masło do ciała Cytrynowy Mirt

Uwielbiam wszelkiego rodzaju smarowidła do ciała. Najbardziej jednak w mój gust trafiają przede wszystkim różnego rodzaju masła do ciała i to właśnie one przeważają w mojej kosmetyczce. Tak więc dziś notka o moim najnowszym nabytku tego typu, czyli masłu do ciała od firmy Fennel.


Masło do ciała zamknięte jest w dość dużym, płaskim, okrągłym opakowaniu. Po odkręceniu wieczka naszym oczom ukazuje się aluminiowe zabezpieczenie wnętrza, które gwarantuje nam, iż kosmetyk nie był wcześniej testowany przez jakąś niepowołaną ku temu osobę;)
Masło ma treściwą i gęstą, a przy tym dość "lekką" konsystencję. Bezproblemowo zarówno wydobywa się je z wnętrza opakowania, jak i rozsmarowuje po ciele. Myślę również, że jest wydajne, gdyż stosuję je regularnie już miesiąc a jeszcze mi go trochę zostało. Nawilżenie daje całkiem dobre, jednak myślę, że dla bardzo wysuszonej skóry będzie to jednak za słaby "nawilżacz". Mi tam jednak w zupełności wystarcza;)
Co mnie natomiast w tym maśle totalnie urzekło, to jego zapach. Jest cudowny, bardzo naturalny. Jak dla mnie to zapach ciasta cytrynowego, które przypomina mi dzieciństwo;)
Cena tej cytrynowej przyjemności to około 30 zł, a listę sklepów, gdzie możecie zakupić owe masło znajdziecie tutaj.


Mi to masło przypadło do gustu na tyle, że gdy wykończę chociaż część moich zapasów, prawdopodobnie skuszę się na inny wariant zapachowy tegoż kosmetyku:)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Dokładka rzeczy na sprzedaż...

Ostatnio zabrałam się za małe porządki i takim oto sposobem w zakładce "Sprzedam" znalazło się kilka nowych rzeczy. Jeśli byłybyście zainteresowane, zapraszam:)

KLIK! :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Zdjęcia nowych nabytków + krótka relacja z Krakowa

Zaczynamy od tego, co większość z Was najbardziej interesowało, czyli od dokładnych zdjęć moich łupów. Tak więc... zaczynamy:)

od lewej Patina i Satin Taupe

Musiałam obowiązkowo się skusić na cienie do powiek. W końcu tyle o nich słyszałam. Jednak muszę też przyznać, że ich cena poraża... 50 zł za jeden wkład to ciężka do przełknięcia cena. Dlatego też zdecydowałam się na dwa dość popularne i niespotykane kolory, czyli Patina oraz Satin Taupe. Do tego zdecydowałam się również na zakup paletki na cztery cienie (23 zł), którą  zamierzam stopniowo zapełniać:)


Pomimo mojej niechęci wobec wszelkich cieni w kremie, postanowiłam dać tego typu kosmetykowi kolejne szanse, stąd też mój zakup osławionego paint pota (78 zł) w neutralnym, aczkolwiek bardzo ładnym odcieniu o nazwie Painterly. Jego formuła mnie urzekła i mam nadzieję, że nie  będę nim rozczarowana, gdyż jeszcze przynajmniej jeden odcień wpadł mi w oko;)


Oczywiście kupiłam również szminkę (79 zł) Syrup o wykończeniu Lustre. Niestety, chciałam jej dziś zrobić dla Was zdjęcie, jednak niestety jej kolor na nim wyszedł tak daleki od rzeczywistości, że nawet nie ma sensu go tu pokazywać.. W każdym razie Syrup to piękny, chłodny a zarazem delikatny fioletowawy odcień. Bardzo mi się podoba i już mogę powiedzieć, że świetnie się w nim czuję. W dodatku już wiem, że następnym razem moim łupem będzie Lustering, która to szminka również podbiła moje serce, jednak była niestety niedostępna...


W Rossmannie natomiast uległam i kupiłam w końcu Color Tattoo od Maybelline w odcieniu Permanent Taupe (23,99 zł). Już kilka dni temu macałam go w rossie w moim mieście, jednak wtedy się mu oparłam. Niestety, na wszelkich wycieczkach ulegam wszystkim pokusom, jakim tylko się da i koniec końców owy cień wpadł w moje ręce. Kolor jak dla mnie jest świetny: ładny, przybrudzony szaro-brąz;)


The Body Shop był dla mnie obowiązkowym punktem wycieczki, gdyż po prostu musiałam mieć masełko do ust o zapachu smoczego owocu (25 zł), z którego część dochodu zasili wybraną organizację. Właściwie to kupiłam je tylko z powodu tej charytatywnej akcji, nawet nie wąchając w sklepie testera. Ważne, że mogłam kogoś wspomóc i takim sposobem mój głos został przekazany na fundację Viva!


I to by było tyle, jeśli chodzi o dokładne zdjęcia moich zakupów. Teraz pora na krótkie podsumowanie wypadu do Krakowa. Tak więc w skrócie...
1. W Krakowie po raz drugi w życiu jechałam tramwajem (że też TBS jest akurat w Galerii Kazimierz, a nie Krakowskiej;)). W dodatku całą jazdę stresowałam się czy aby na pewno kupiłam odpowiedni bilet, gdyż postanowiłam razem z moim panem J. być samowystarczalnym i kupić bilety w automacie:P
2. Uwielbiam gulasz meksykański z Green Way'a (który swoją drogą jest również i u mnie w mieście) i taki też był mój obiad w Krakowie. W dodatku mieliśmy Groupona więc oprócz dwóch porcji gulaszu skusiliśmy się także na naleśniki z owocami. Mniam!
3. Pozostając w temacie jedzenia... Cholernie zazdroszczę krakusom Cupcake Corner Bakery. Po prostu ubóstwiam ich kapkejki i jest to mój punkt obowiązkowo podczas wypadu do Krakowa. O, nawet mam dla Was na smaka zdjęcie mojego kapkejka:)


4. Dalej o jedzeniu będzie... W Galerii Kazimierz skusiłam się wraz z moim panem J. na mrożony jogurt w Feel The Chill! Tym niestety nie byłam już aż tak zachwycona, jednak myślę, że dla miłośników jogurtu jest to całkiem ciekawy przysmak. Ja jednak się do tego grona nie zaliczam i zdecydowanie bardziej wolę kaloryczne McFlurry w McDonaldsie;)
5. Także w Galerii Kazimierz odwiedziłam Super-pharm, gdzie mogłam popodziwiać szafę Essie. Ach, cudna była... Niestety w niej akurat nie skusiłam się na nic. Kupiłam tam natomiast coś, co było wybawieniem dla moich poobdzieranych pięt, czyli...


czyli takie cudo:P Naprawdę mi pomogło i dzięki owym "plastrom" mogłam dalej w miarę normalnie się poruszać:P

Jedynym minusem mojego wyjazdu była podróż powrotna, podczas której musiałam przez dwie godziny stać w autobusie z tymi moimi poobdzieranymi stopami i podczas której miałam ochotę wybić prawie wszystkich przedstawicieli płci brzydkiej, którzy to, gdy zrobiło się wolne miejsce, zajmowali je nie zważając na tym, że ja, będąc kobietą, stoję. Żaden nie wpadł na pomysł, żeby mi ustąpić miejsca. Powiem Wam, że zwątpiłam i już powoli całkowicie tracę wiarę w nasze społeczeństwo...


środa, 15 sierpnia 2012

Post na szybko, czyli moje krakowskie łupy...

Wiedziałam, no po prostu wiedziałam, że "popłynę" w MACu. I oczywiście tak też się stało. Dziś tylko fotka na szybko moich wszystkich zakupów, gdyż padam, a chcę jeszcze nadrobić moje blogowe zaległości z dnia dzisiejszego;) Oto więc i one:



Jeśli zaś chodzi o sam wyjazd, to bardzo się udał, mimo że pogoda oraz moje buty chciały mi zepsuć ten dzień. Jutro, a właściwie to już dziś, zdam Wam obszerniejszą relację oraz pokażę co takiego dokładnie kupiłam:)

wtorek, 14 sierpnia 2012

I ja popadłam w MAComanię!

Długo się opierałam, ale w końcu uległam. Bo jakby mogło być inaczej. W końcu wszędzie się o kosmetykach MACa trąbi. Co chwila jakieś nowe kolekcje. Ja jednak skusiłam się na dwa produkty z mniej aktualnych kolekcji, czyli Hey Sailor! oraz Vera...


Pierwszy z lewej na zdjęciu jest rozświetlaczo-róż  Crew. Po pierwszym macaniu bardzo mi przypadł do gustu. Ma fajną konsystencję i świetną pigmentację.
Obok niego znajduje się kolejny kosmetyk do policzków, czyli Sunday Afternoon. Nim nie jestem aż tak zachwycona, gdyż ma dziwną, strasznie twardą konsystencję. Jednak podoba mi się, bo daje naprawdę ładny efekt.
Na zdjęcie załapał się także błyszczyk, któremu nie mogłam się oprzeć ze względu na kolor. Sahara Pink ma cudny kolor, jednak jest on dość ciężki i czuć go na ustach. Swoją drogą... z marką Tom Ford się nigdy w Polsce nie spotkałam, a kilka produktów wpadło mi w oko... Czy może jednak coś ominęłam i jest ona u nas dostępna?


Ogólnie... Popadłam w MAComanię. Zobaczymy jak ona się skończy po mojej dzisiejszej wizycie w Krakowie (jeszcze 6 godzin do wyjazdu:)). Coś czuję, że MAC mnie zrujnuje finansowo;)



czwartek, 9 sierpnia 2012

Nowości od Golden Rose

Kilka dni temu dotarła do mnie przesyłka z lakierowymi nowościami od firmy Golden Rose. Niestety nie miałam jeszcze okazji, aby je przetestować, jednakże bardzo mnie one ciekawią i myślę, że Was również mogą zaintrygować;)


Najbardziej jestem ciekawa topów, tym bardziej, że zarówno mój Poshe, jak i Seche Vite są już na wykończeniu i właściwie się już nie nadają do użytku. Nie obraziłabym się więc (a raczej wręcz przeciwnie;)) gdyby uwieczniony na zdjęciu Quick Dry Top Coat był faktycznie szybko wysychający:)
Ogólnie bardzo podoba mi się design buteleczek i pędzelek. Jest genialny. Na szybko ( na jednym paznokciu) przetestowałam jedynie lakier do paznokci (tylko dlaczego znów przypadł mi róż, skoro ja za różem bardzo nie przepadam?:()... No i niestety kolor, który ja otrzymałam na pewno nie jest jednowarstwowcem... Niestety, gdyż o innych kolorach czytałam, że już jedna warstwa jest genialna....

piątek, 3 sierpnia 2012

Sensique nr 150

Dziś chcę Wam pokazać kolejny czerwony lakier do paznokci z mojej kolekcji. Właściwie zaczęłam się teraz zastanawiać, który to z kolei już będzie... Możliwe, że będzie już ich kilkanaście. Jednak w moim przypadku - czerwieni nigdy dosyć;)


O tym lakierze będzie krótko, bo już kiedyś recenzowałam jeden lakier z tejże serii (klik!)i tenże egzemplarz właściwie nie różni się od swojego Sensique'owego krewniaka. Świetnie się go rozprowadza na płytce paznokcia - ma wygodny pędzelek i odpowiednią konsystencję. W dodatku szybko wysycha, a dwie warstwy dają pełne krycie. Trwałości nie jestem w stanie ocenić, gdyż po dwóch dniach noszenia byłam zmuszona go zmyć (eh, te wymogi w pracy...).
Odcień nr 150 to ładna, klasyczna, aczkolwiek bardzo "żywa" czerwień. Nie widać w niej żadnych innych tonów kolorystycznych. Właściwie to jest to odcień, którego jest pełno na naszym rynku i chyba każda firma ma go w swojej ofercie... Jednakże myślę, że ta czerwień od Sensique jest warta uwagi ze względu na świetną jakość, którą otrzymujemy za niewielką cenę (5,99 zł)



Na koniec muszę się Wam pożalić... Od dziś zaczęłam w pracy "maraton", gdyż pracuję teraz 8 dni pod rząd. Dlatego też nowych notek może być przez ten czas mało, gdyż zapewne po powrocie do domu będę padnięta.... Mam jednak nadzieję, że uda mi tutaj coś nowego Wam co jakiś czas prezentować:)
Swoją drogą o mojej pracy i "ciekawych" klientach planuję dodać za jakiś czas kilka postów, gdyż myślę, że jest to dość ciekawy temat i warto sobie kilka rzeczy uświadomić;) Przede wszystkim to, że praca w sklepie pod względem psychicznym nie jest taka łatwa i naprawdę po dwóch latach pracy w tej branży czuję pewną niechęć wobec ludzi. Eh, dobrze chociaż, że jestem całkiem niezła w ukrywaniu emocji...


środa, 1 sierpnia 2012

Sensique - Rosy Azalea (LE Nature Code)

Ogólnie nie przepadam za różowymi lakierami. Wydaje mi się po prostu, że mało który odcień różu dobrze na mnie wygląda i nie sprawia, że wyglądam kiczowato. Muszę jednak przyznać, że Rosy Azalea jest właśnie jednym z tych wyjątków i z miejsca podbiła moje serce.


 Lakier zamknięty jest w małej, prostej, 7 ml buteleczce. Ta wielkość, a szczególnie gabaryty jego zakrętki, bardzo mi odpowiadają. Pędzelek jest standardowej wielkości, konsystencja jest również odpowiednia. Te dwa czynniki głównie sprawiły, że tak genialnie i bezproblemowo malowało mi się nim paznokcie. Naprawdę lakier rozprowadzał się po płytce paznokcia wprost bajecznie. Właściwie to zadowalający efekt daje już jedna warstwa tego lakieru. Mi jednak coś nie wyszło i na zdjęciach możecie zobaczyć efekt uzyskany dzięki dwóm warstwom.  W dodatku tempo wysychania każdej warstwy też było bardzo dobre, dzięki czemu w moim przekonaniu lakier ten jest "bezproblemowy";)


Rosy Azalea to żywy, mocny róż. Wykończenie jest całkowicie kremowe, co mnie osobiście bardzo cieszy oczywiście. Myślę, że kolor jest w pewnym sensie "uniwersalny" i świetnie będzie się prezentował zarówno na bladych, jak i na opalonych dłoniach:)
Lakiery z serii Nature Code kosztują standardowo 6,19 zł i są dostępne w 8 odcieniach.



Na koniec pytanie...
Jak widzicie postanowiłam troszkę zmienić wygląd graficzny bloga (dziękuję, panie J:*). Tamten był zbyt szaro-bury jak dla mnie i już jakiś czas myślałam nad zmianą. Myślę, że teraz jest przede wszystkim jaśniej i przejrzyściej. Wszystkie zdjęcia tutaj publikowane będą w związku z tym większe, czcionka także się troszku pozmieniała...
Stąd też moje pytanie do Was: Jak Wam się podoba? Coś byście jeszcze zmieniły?;> Wszelkie słowa krytyki oczywiście również są mile widziane:)