Obserwatorzy

sobota, 21 lipca 2012

Inglot Sleeks Cream nr 90 i 107

Mazideł do ust wszelakich jest u mnie dostatek. Co rusz kupuję jakieś nowe, które wpadnie mi w oko. Chociaż obecnie staram się ograniczać moje żądze, to i tak na swojej wishliście mam kilka pozycji, które MUSZĘ mieć, zarówno tych tańszych (błyszczyko-szminka od Celii), jak i tych droższych (lakier do ust od YSL)... Właściwie to już chyba nawet nie liczę, że zużyję to wszystko w terminie. Jednak przecież tu nie o zużywanie, a używanie chodzi;)
O Sleeks Cream od Inglota słyszałam już jakiś czas. Opinie na które się natknęłam były skrajnie różne. Jednakże strasznie podobały mi się ich opakowania (takie chemiczne zboczenie;)). W dodatku, gdy zobaczyłam je na żywo w sklepie (a raczej na wysepce) Inglota kilka kolorów sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. Takim właśnie sposobem weszłam w posiadanie dwóch "sleeksów";)

od góry nr  90 i 107

Każdy błyszczyk otrzymujemy zapakowany w czarny, kartonowy kartonik (czy już wspominałam, jak sobie cenię Inglota właśnie za owe proste, minimalistyczne opakowania z równie skromnymi kartonikami?:)), na którym znajdziemy podstawowe informacje dotyczące produktu. Jak więc możecie zauważyć na zdjęciach w prostym, probówkopodobnym opakowaniu znajdziemy 5,5 ml produktu. Mi opakowanie bardzo się podoba, aczkolwiek dostrzegam w nim jeden minus - niemożność ustawienia go w pionie podczas malowania. Aplikator dołączony do błyszczyka ma formę średniej wielkości gąbeczki i według mnie jest całkiem fajny - bardzo dobrze mi się nim maluje usta. Jednakże muszę przyznać, że denerwuje mnie odrobinkę to, jak długi jest owy "patyczek" (;)) nim zakończony. No ale cóż... poleciałam na takie opakowanie, to mogłam się  z tym liczyć;)
Błyszczyk pokrywa usta cienką, aczkolwiek bardzo dobrze widoczną warstwą koloru. Nie wylewa się poza kontur ust i równomiernie się "zjada". Nie jest także klejuchem, których wprost nie znoszę. Trwałość też uważam, jak na błyszczyk za zadowalającą, z 2-3 godziny (bez picia i jedzenia w międzyczasie). Nie zauważyłam również, żeby wysuszał moje usta.
A teraz bodajże po raz pierwszy na blogu: moje nieudolne swatche na ustach;)


 Odcień nr 90 jest dość jasny, aczkolwiek przy tym jest całkiem podobny do mojego naturalnego kolorytu ust. Według mnie to bardzo ładny, subtelny odcień, który większości osób będzie pasował.

 Odcień nr 107 daje już natomiast mocniejszy kolor. Na moich ustach to taki ciemniejszy róż, w którym momentami dostrzegam fioletowe podtony...

Cena Sleeks Cream to około 20 zł (niestety dokładnie nie pamiętam). U mnie się on sprawdził i uważam, iż jest wart swojej ceny. Kupiłabym jeszcze kilka kolorów, gdyby nie to, że w planach mam jeszcze kilka innych błyszczyków różnych innych firm.


7 komentarzy:

  1. Też uwielbiam te błyszczyki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładne kolory :). Nie miałam jeszcze żadnego błyszczyku z Inglota, ale może się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie się prezentują, może się na nie kiedyś skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. nigdy nie miałam tych błyszczyków od inglota.

    OdpowiedzUsuń