Obserwatorzy

piątek, 29 czerwca 2012

Rozświetlacz The Balm - Mary-Lou Manizer

Rozświetlacz firmy The Balm, Mary-Lou jest bardzo sławny w blogosferze. Niewiele jest osób, które nigdy o nim nie słyszały. Jeśli jednak takie jeszcze się znajdą to chętnie zaprezentuję swoją opinię o tymże kosmetyku:)


Pisałam to już zapewne nie raz, nie dwa, ale powtórzę się po raz kolejny - uwielbiam opakowania The Balm. Wszystkie, bez wyjątku póki co. Wybijają się na tle innych marek, nie będąc przy tym, według mnie, zbyt dziecinnymi. No są po prostu świetne, a do tego starannie wykonane.
W tym wypadku, jak właściwie w większości kosmetyków tejże firmy, puderniczka z produktem dodatkowo umieszczona jest w kartonowym opakowaniu "ochronnym". Takie rozwiązania dla mnie zawsze będą najlepszymi i na myśl przywodzą mi wszelkie luksusowe marki. W środku puderniczki oczywiście znajdziemy lusterko. Opakowanie samo w sobie wydaje się być wytrzymałe, jednakże nie miałam okazji (i wcale jej mieć nie zamierzam;)) by to sprawdzić. Jedynym mankamentem owego produktu pod względem funkcjonalności opakowania, jest dla mnie fakt, że strasznie ciężko jest mi ową puderniczkę otworzyć. Za każdym razem się mocuję i boję się, że potracę kiedyś na niej wszystkie paznokcie....


Pod względem efektu, Mary-Lou rozwaliła mnie na łopatki. Pierwsze co mnie zaskoczyło, to niesamowita pigmentacja. Naprawdę wystarczy odrobina kosmetyku, by uzyskać zamierzony efekt. Używając go po raz pierwszy nie wiedziałam za bardzo czego się spodziewać. Trochę się bałam, że będę miejscami wyglądać niczym złota bombka choinkowa;) Na szczęście tak się nie stało. Jak widzicie na swatchu nieroztarty rozświetlacz ma odcień dość specyficzny, który dla mnie jest jasnym złotem pomieszanym ze srebrem. Jednakże roztarty na twarzy nie robi nam żadnej krzywdy, dając przy tym bardzo fajny efekt tafli, odbijającej światło. Szczerze powiedziawszy wydaje mi się, że jest to kosmetyk, którym nie da się zbytnio sobie krzywdy wyrządzić, bo skoro ja sobie z nim poradziłam, to każdy (a raczej każda;)) da radę. Na twarzy utrzymuje się długo (koło 8 godzin), chociaż na mojej cerze całego dnia nie wytrzymuje.
Jak dla mnie jedynym mankamentem tego produktu jest jego dostępność. We wszelkich Marionnaudach gdy tylko się pojawi, natychmiast znika w ekspresowym tempie (eh, jak te blogi napędzają handel;)).
Dla wielu osób jego kolejnym minusem będzie jego regularna cena: 61 zł. Ja jednak uważam, że za tak świetny kosmetyk, z taką dobrą wydajnością, nie jest to bynajmniej wygórowana cena...

Tak więc... Jeśli tylko na niego traficie, warto mu się przyjrzeć z bliska. No i jeśli Wam wpadnie w oko, to brać póki jest dostępny;)



****
A na koniec taka mała dygresja... Footballowa dygresja. Nie wspominałam tutaj nic o trwającym wciąż Euro 2012, chociaż oglądałam większość meczy. Kibicowałam.. Naszym z małym zapałem, nie robiąc sobie większych nadziei. Jednak z naprawdę dużym zaangażowaniem kibicowałam niemieckiej reprezentacji. Widziałam oczyma wyobraźni finał Hiszpania-Niemcy. No i dupa... No ale ok, zdarza się... Jednak wchodząc na mój prywatny profil na facebooku i czytając posty większości moich znajomych typu "Jak można kibicować Niemcom??" trochę mnie zatkało.. W sensie... wiedziałam, że wielu Polaków wciąż żywi jakąś niechęć do owego narodu.... Jednak myślałam, że to młodsze pokolenie ma inne nastawienie. Jednakże chyba się myliłam...
W sumie to powinnam się z tego cieszyć w pewnym sensie. Gdyż od kilku lat moim planem po skończeniu studiów jest wyjazd właśnie do Niemiec. A wiadomo... przecież nikt nie będzie jechał do kraju, którego obywateli po prostu nie lubi... A w tym wypadku potencjalna konkurencja na rynku pracy mniejsza....;]
Jednak ogólnie wkurzają mnie już te wynikające z historycznych starć uprzedzenia wobec różnych narodowości....

środa, 27 czerwca 2012

My Secret - Midnight (nr 150)

Zgodnie z życzeniami większości z Was jako pierwszy na moich paznokciach zagościł lakier My Secret w pięknym odcieniu o nazwie Midnight...


Nowoczesna, lekka formuła lakieru do paznokci zapewnia jego równomierne rozprowadzenie oraz zapobiega powstawaniu smug. Dostępne 21 kolorów.

Lakier zamknięty jest w małej, kwadratowej buteleczce z dużą, również kwadratową zakrętką, której wielkość trochę mi przeszkadza podczas malowania paznokci. W środku znajdziemy 10 ml lakieru. Pędzelek jest dość krótki i średnio gruby, jednak całkiem dobrze się nim operuje. Lakier ma odpowiednią konsystencję, a do zadowalającego krycia wystarczą dwie warstwy. Na moich paznokciach trzymał się spokojnie 3 dni, potem zaczął się ścierać.
Odcień Midnight jest cudowny. Szczerze powiedziawszy nie wiem jak określić jego wykończenie, stawiałabym na coś w stylu frostowego. Na zdjęciu widać na nim pociągnięcia pędzelka, jednak na żywo nie były one widoczne. Kolor to piękny, bardzo intensywny niebieski, wręcz kobaltowy. Maleńkie drobinki są w nim usiane tak gęsto, że tworzą one bardziej pewnego rodzaju taflę. Na szczęście z jego zmywaniem nie miałam najmniejszego problemu.
Cena: 6,49 - dostępny w Drogeriach Natura oraz w niektórych sklepach sieci Drogerie Aster


I jak Wam się podoba?;>

wtorek, 26 czerwca 2012

La Rosa mineralny podkład w pudrze w odcieniu nr 55 - Almond

Dziś przybywam do Was z recenzją do której napisania nie mogłam się jakoś zabrać.. Wynika to z tego, iże produkt ten mi  się spodobał, chociaż nie spełnił podstawowych obietnic producenta... A jak wiadomo, przeważnie gdy coś nie spełnia obietnic producenta, z automatu dostaje łatkę "bubel"....


O opakowaniu nie mam się co rozpisywać, gdyż jest po prostu standardowe dla tej marki. Nie różni się niczym od opakowania różu czy bronzera, które posiadam.


Podkład bez problemu wydobywa się z  opakowania. Ja osobiście wysypuję trochę na wieczko i dopiero stąd nabieram go na pędzel. Nie osypuje się podczas nakładania.Jego kolor to jasny beż. Zawiera w sobie delikatne drobinki, które jednak w świetle dziennym nie są na szczęście widoczne. Używam już go dość długi czas i nie zauważyłam w opakowaniu jakiegoś znacznego ubytku, toteż wnioskuję, że będzie całkiem wydajny.

tutaj kolor podkładu jest przekłamany -  w rzeczywistości nie widać w nim "żółtości"

Przejdźmy teraz do obietnic producenta... Matuje? Z tym jeszcze w miarę mogę się zgodzić, chociaż nie jest to dla mnie upragniony mat idealny. Kryje? Z tym już się wcale nie zgodzę. Próbowałam go używać na różne sposoby, próbowałam innym pędzlem i efekt wciąż był tak sam... Niestety, dla wielbicielek typowych podkładów, krycie ma mizerne. Jedyne co czyni pod tym względem to lekko, naturalnie wyrównuje koloryt. Jednak o zakryciu wszystkiego, co chcemy ukryć przed otoczeniem, nie ma mowy.
Z wyżej wymienionych przeze mnie powodów podkład ten jest dla mnie bardziej pudrem. Mi się podobają jego właściwości, gdyż jak już wspominałam, bądź nie, nie jestem fanką podkładów i właściwie nie używam ich wcale...

Podkład ten dostępny jest oczywiście w sklepie Futurosa (klik!) w cenie 30 zł. Jeśli któraś z Was byłaby zainteresowana to wciąż jeszcze mam kody na 25% zniżki w tymże sklepie na produkty La Rosa:)



A na koniec jeszcze zdjęcia moich ostatnich łupów ze świetnej limitowanki Catrice "Revoltaire". Oczywiście nie byłoby ich, gdyby mój kochany pan J. nie użyczył mi gotówki na ten "szczytny cel";)


Oczywiście, jak widać skusiłam się na róż. Tego wyboru chyba nie muszę tłumaczyć;) Do mojego koszyka wpadła też szminka, która ma boski kolor i całkiem fajna konsystencję, jak na matową szminkę.
Na szczęście nie kusiło mnie z tej limitowanki nic więcej (no dobra, dwa lakiery jeszcze mnie kusiły, ale się oparłam:P). Jednak jest to jedna z najładniejszych limitowanek, jeśli chodzi o opakowania. Kojarzy mi się z Catrice "Urban Baroque" od której to zaczęła się moja miłość do wszlekich edycji limitowanych;)

niedziela, 24 czerwca 2012

Blogowa zbiórka dla zwierzaków. Oddaj kosmetyk - uratuj życie!

Ostatnio w środowisku blogowym krążą informacje o bardzo ciekawej akcji pomocy dla zwierząt. Również postanowiłam dołączyć się do grona informujących o tejże akcji. Chciałabym bardzo wziąć w niej udział, jednakże na razie niestety nie mam możliwości. Jednak Was gorąco ku temu zachęcam:)


O co chodzi?
O oddanie swoich zbędnych przedmiotów dla fundacji Agapeanimali, która je zlicytuje na Allegro, a uzyskane środki przeznaczy na leczenie i utrzymanie kociaków, które do niej trafiają. Wysyłamy paczki do 6 lipca, a od 1 sierpnia ruszą aukcje z allegrowego konta fundacji http://allegro.pl/listing/user.php?us_id=7741697.
Kosmetyki nie będą licytowane pojedynczo lecz w grupach po kilka sztuk, możecie zostawiać uwagi jaki sposób grupowania byłby najlepszy - czy zestaw ma stanowić np. 5 szminek, czy lepiej np. szminka+róż+lakier+szampon. Biżuteria będzie również licytowana w grupkach, większe akcesoria lub przedmioty w jakiś sposób wyjątkowe będą miały oddzielne aukcje. Wysyłając paczki możecie również zasugerować sposób wystawienia waszych przedmiotów :)
A od 1 sierpnia będzie chodzić o to, aby w tych aukcjach brać udział :) Oddawanie to dopiero pierwszy etap, licytowanie w tych aukcjach będzie równie ważne! Będzie to świetna okazja do kupienia fajnych produktów za niewielkie pieniądze.

Co można wysyłać?
1. Kosmetyki. W dobrym stanie, niezniszczone, nieprzeterminowane, nie całkowicie zużyte. Pełna dowolność, kolorówka, pielęgnacja, perfumy, co tylko macie i chcecie oddać. Nie muszą być to produkty nowe i nieużywane!
2. Biżuteria. Nie, nie złota :D Również nie zniszczona, w dobrym stanie. Ważne aby była ładna, by ktoś był zainteresowany kupnem.
3. Rękodzieło. Pojawiły się głosy, że chciałybyście przekazać dla fundacji coś, co wykonałyście własnoręcznie - czy to biżuteria, czy akcesoria, czy cokolwiek innego, co ktoś chciałby kupić.
4. Akcesoria, dodatki, bajery. Mogą być torebki, bransoletki, broszki, cuda, nie znam się :D Znów, wszystko zadbane i niezniszczone.
5. Inne rzeczy, które Waszym zdaniem się nadają :)

 
WAŻNE:
Do każdej paczki dołączajcie karteczkę z pełną listą tego, co wysyłacie, krótkim opisem i stanem zużycia, np.:
Maybelline, szminka Color Sensational, numer xx, zużycie 10%

Jeżeli dołączacie biżuterię lub akcesoria, to opis powinien zawierać skład tych przedmiotów, np. plastik, srebro, skóra ekologiczna, bawełna, itd. Oczywiście jeśli wiecie z czego są wykonane, nie jest to konieczność.

Można wysyłać ubrania, muszą być jednak w stanie bardzo dobrym lub idealnym. Koniecznie na kartce napiszcie rozmiar, najważniejsze wymiary w centymetrach i materiał.

Karteczki z opisami mają ułatwić fundacji przygotowanie aukcji - wy wysyłając wiecie najlepiej co to jest więc napisanie takiej notatki nie powinno być problemem :)



 
Więcej informacji o całej akcji, w tym wszystkie adresy mailowe, znajdziecie na blogu: 
 

czwartek, 21 czerwca 2012

Nowa współpraca, czyli porcja smakołyków od My Secret i Sensique

Dzisiaj tak na szybko chciałabym Wam pokazać paczkę, którą ostatnio dostałam do testów... W tym miejscu bardzo dziękuję osobie organizującej ową współpracę za bardzo miły kontakt oraz za możliwość przetestowania poniższych produktów:)

A oto, co znalazłam w paczce:


Jak widać, nielakierowa rzecz jest tylko jedna i jest to sypki puder od My Secret. Jestem go bardzo ciekawa.
Poniżej niego widoczne są lakiery My Secret w kolorach: Midnight, Underwater Green, Exotic Coctail oraz Purple.
W najniższym rządku stoją zaś lakiery Sensique. Dwa z limitowanej kolekcji Nature Code : Rosy Azalea i Sweet Violet oraz dwa ze standardowej oferty nr 149 i 150.
Jak widzicie paczka jest bardzo w moim guście. Jestem bardzo ciekawa jak wypadną wszystkie te kosmetyki.

A teraz pytanie do Was, bo mi samej ciężko zdecydować: którym lakierem zająć się jako pierwszym?;>

wtorek, 19 czerwca 2012

The Balm - Cabana Boy

Sporo czasu mnie tu nie było. Najmocniej Was przepraszam.. Teraz to nadrobię, gdyż na szczęście wszystkie egzaminy mi się pokończyły i w końcu mam upragnione "wakacje". Jednak nie będzie to dla mnie czas odpoczynku, oj nie. Całe wakacje mam zamiar przepracować. Jednak nie narzekam, a wręcz cieszę się bardzo z takiej możliwości:)

Dziś planowałam inną recenzję... Miała być recenzja świetnej paletki The Body Shopu, którą już mam jakiś czas... Jednak kilka nieszczęśliwych kliknięć pokrzyżowało me plany i wszystkie zdjęcia do tej recenzji nieodwracalnie uległy wyrzuceniu.... Cóż, bywa i tak.
Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło i takim oto sposobem dziś przybywam do Was z recenzją jednego z moich ulubionych kosmetyków, a mianowicie różu genialnej firmy The Balm, w odcieniu Cabana Boy.


 Róże firmy The Balm są zamknięte w kartonowych opakowaniach z ciekawymi nadrukami. Dodatkowo każde opakowanie ma jeszcze na sobie kartonową osłonkę z takim samym motywem graficznym. Osobiście uwielbiam ich opakowania. Zdecydowanie przyciągają wzrok i wzbudzają zainteresowanie. Opakowanie różu, pomimo że zrobione z tektury (jednak dosyć grubej) wydaje się dość wytrzymałe. We wnętrzu znajdziemy dość dużą ilość produktu, bo aż 8,5 g.


W środku opakowania oprócz różu znajdziemy także małe, kwadratowe lusterko, które jednak czasami się przydaje. Bardzo podoba mi się również motto umieszczone dookoła wkładu z różem "So many men, so little time...". Utwierdza mnie to w przekonaniu, że firma The Balm musi być firmą "z jajami";)
Jedynym minusem tego typu opakowania, jak dla mnie, jest fakt, że może się ono dość szybko brudzić w środku. Jednak w tym wypadku nie będzie to aż tak widoczne, dzięki dobremu doborowi kolorów opakowania...
Sam róż ma bardzo dobrą konsystencję, nie jest zbyt twardy. Oprócz tego jest bardzo dobrze napigmentowany, co w połączeniu z jego ogromną ilością, da naprawdę bardzo dobrą wydajność. Bardzo dobrze się go nakłada na pędzel, nie pyli przy tym. Na twarzy da się go natomiast z łatwością rozetrzeć i daje naprawdę ładny efekt. Jego wykończenie określiłabym jako satynowe. Trwałość tego różu na policzkach jest bardzo zadowalająca - trzyma się prawie, że cały dzień.
Poniżej wklejam jego zdjęcia na moim policzku w różnym oświetleniu.


Jedynym minusem tego różu dla części z Was będzie pewnie dostępność oraz cena, gdyż  róż ten możecie kupić jedynie w perfumeriach Marionnaud za cenę 54 zł. Jednakże bardzo często zdarzają się w owej perfumerii różnego rodzaju promocje, dzięki którym można go upolować nawet 50% taniej. Osobiście właśnie dzięki tym promocjom tak bardzo pokochałam Marionnaud;)
Jeśli jednak do owej perfumerii nie macie dostępu, to powstał nowy sklep internetowy, który w swojej ofercie ma kosmetyki tejże marki: www.i-lovebeauty.pl . Ceny są niewiele wyższe niż w M., więc nie jest tak źle... Jedyny minus to to, że zapewne nie będzie tutaj aż takich promocji. Jednak jak komuś na którymś kosmetyku zależy to myślę, że i tak się opłaca...


A czy Wy znacie kosmetyki The Balm? Jeśli tak, to jakie kosmetyki jeszcze od nich polecacie?;>

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Mineralny bronzer od La Rosa - Sun of Paris

Dziś przybywam do Was z recenzją kolejnego kosmetyku, otrzymanego przeze mnie od sklepu Futurosa (klik!). Jest nim mineralny bronzer. Bronzery to dla mnie kosmetyki dziwne, których właściwie nie używałam i za bardzo nie czułam potrzeby aby to zmienić. Ten jednak przypadł mi całkiem do gustu i z miłą chęcią sięgam po niego, gdy tylko nadarzy się okazja...

 

Bronzer zamknięty jest w typowym dla firmy La Rosa opakowaniu z sitkiem. Znajduje się w nim 4,5 g produktu, co jest ilością dość sporą, według mnie. Produkt bez problemu wydobywa się ze środka. Żałuję jedynie, że nie da się tego sitka jakoś zamknąć, gdyż wydaje mi się, że w podróży pokrywka opakowania może się dość łatwo odkręcić i może nas spotkać niemiła niespodzianka. W opakowaniu znajdziemy także puszek, który jednak ja od razu wyrzuciłam do kosza, gdyż według mnie owe akcesoria są tak naprawdę bezużyteczne. Bronzer jest bezzapachowy. Ma odpowiednią, sypką, jednak nie pylącą konsystencję. Jest całkiem nieźle napigmentowany, jednak z racji tego, iż jest to dość jasny odcień, nie otrzymamy nim mocnego efektu. Dla osób o ciemniejszej karnacji raczej się nie nadaje. Jak widać na zdjęciu posiada on dużo złotych drobinek, które jednak nie są w moim wypadku jakoś rzucające się w oczy, a tworzą jedynie efekt tafli. Trwałość u mnie jest przeciętna - trzyma się bez zarzutu 6-7 godzin.
Poniżej zdjęcie bronzera na mnie. Mam nadzieję, że coś widzicie bo naprawdę ciężko mi go było uchwycić na zdjęciu.


Podsumowując, jestem z tego bronzera zadowolona, jednak tego typu kosmetyki nie należą do moich ulubionych oraz są mi zbędne. Jeśli jednak ktoś gustuje w tego rodzaju kosmetykach, to myślę, że owy produkt jest godny bliższego poznania.

Jego cena w sklepie Futurosa to 30 zł (klik! ), jednak jeśli ktoś jest chętny to dysponuję kodami uprawniającymi do 25% zniżki na produkty La Rosa w wyżej wymienionym sklepie. Jakby co to proszę zgłaszać się po nie na maila (farfallebelle@gmail.com) :)

sobota, 9 czerwca 2012

Ciekawa promocja w Marionnaud i Rossmannie + haul

Dziś przybywam do Was z informacją o ciekawej promocji, która obecnie trwa sieci perfumerii Marionnaud. Mianowicie przynosząc swój dowolny, stary kosmetyk, otrzymamy 50% rabatu na wybrane produkty. Gdy o tym usłyszałam pomyślałam, że te wybrane produkty, to pewnie jakieś straszne badziewia i w dodatku pewnie w małej ilości. Jednak, jak się okazało, wcale tak nie jest. Dzisiaj z samego rana pojechałam do najlepiej zaopatrzonego w moim mieście Marionnaud... Stoliczek (a raczej stoliczki) z przecenionymi produktami był dość spory i bardzo dobrze zaopatrzony... Zdecydowanie było w czym wybierać... Kilka ciekawych rzeczy, które widziałam, a na które się jednak nie skusiłam, to:
- Guerlain Parure de Nuit - w graniacach 130-140 zł
- Guerlain Terracotta - pewnie koło 150 zł
- paleta 6 cieni do powiek od Guerlain - koło 160-170 zł
- cienie do powiek 5 Diora - koło 120 zł
- lakiery do paznokci Diora ( w tym słynny Peridot i Graphite) - 50 zł
- szminki i błyszczyki Dior, Lancome, Guerlain itd - od 50 do 80 zł
- podkłady, bazy pod makijaż oraz tusze z The Balm - od 26 do 40 zł
- tusze do rzęs od Guerlain, Dior, Lancome itd - od około 60 zł
oraz wiele, wiele innych. Wybór naprawdę był całkiem spory i chociaż wiem, ze w większości były to kosmetyki z troszkę starszych kolekcji, to naprawdę myślę, że oferta jest godna uwagi... Sama skusiłabym się na pewno na więcej rzeczy, gdyby mnie budżet aż tak nie ograniczał... Jednak... I dla siebie coś cennego dorwałam. Oto i moje zakupy:


Jak widzicie udało mi się dorwać moje pierwsze w życiu meteoryty i to za bardzo atrakcyjną cenę, bo jedyne 100 zł. Z tego zakupu oczywiście jestem najbardziej dumna, gdyż w środę dzowniłam do mojego M. i pytałam o nie, a Pani mi powiedziała, że nic takiego nie mają. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy dziś pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam po wejściu do Marionnaud były właśnie one. Od razu je capnęłam i już są moje. Jestem nimi tak zachwycona, że zrobiłam im nawet więcej zdjęć:


Powiem Wam tylko tyle, że zakup tych kulek to był chyba mój życiowy błąd, gdyż... przepadłam... Popadłam w kolejne uzależnienie. Już mam na oku przynajmniej dwie inne wersje, które mi się podobają. Póki co wszystko mi się w nich podoba. Wiem, że to dla wielu zbędny gadżet, ale ja uwielbiam takie właśnie gadżety. W dodatku jeśli oprócz działania, mają jeszcze ładne opakowanie i zapach, to ja już jestem kupiona. Ach, przepadłam. Mój portfel już wyje z rozpaczy;)

Oprócz atrakcji dnia, czyli meteorytów, skusiłam się także na pomadkę w płynie firmy Make Up Factory, wokół której kręciłam się już jakiś czas, nie mogąc się jednak nigdy zdecydować. W końcu się zdecydowałam, gdyż za 20 zł żal by było nie przygarnąć takiego pięknego koloru.
Do tego dobrałam korektor The Balm (za 27 zł), o którym byłam przekonana, że będzie nadawał się pod oczy, a który jednak jest przeznaczony do krycia wszelkich niedoskonałości. Tak to jest, gdy się nie czyta opisu na opakowaniu, tylko bierze się coś, bo "kolor jest ok";) Tak więc... zobaczymy jak się sprawdzi ten nie do końca przemyślany zakup;)

Po zakupach w Marionnaud wybrałam się do Rossmanna, gdyż skusił mnie puder Bourjois z ich najnowszej gazetki wypełnionej promocjami na każdy dzień tygodnia (klik!). Oczywiście pudrów tych było pełno i po chwili wahania i lekkiego zdezorientowania (ktoś podmienił tester wersji w odcieniu Vanilla na tester z odcieniem Beige Clear) zdecydowałam się na wersję najjaśniejszą, czyli odcień o nazwie Vanilla. Bardzo mnie ten puder ciekawi, chociaż obawiam się trochę, że będzie mało wydajny... Lecz cóż.. pożyjemy, zobaczymy.
W każdym razie polecam Wam zapoznanie z rossmannowskimi promocjami, gdyż naprawdę są warte uwagi.  Jednak trzeba być bardzo czujnym by nie zapomnieć o zakupie produktu akurat w tym dniu, w którym jest na niego promocja.


A czy Wy skorzystałyście już może z promocji w Marionnaud lub w Rossmannie? Jeśli tak to pochwalcie się, co wpadło do Waszego koszyka:)

wtorek, 5 czerwca 2012

Różowo-błyszczykowy haul

Dawno nie pojawiały się u mnie posty tego typu, jednak przez wakacje powinno się ich troszkę pojawić. Dzisiaj prezentuję Wam moje zakupy, w których zdecydowanie dominują róże do policzków, będące moją nową manią...

L-P: Inglot nr 72, 61, 69, 62

Jak widać na powyższych kilku zdjęciach wręcz "napadłam" na Inglota. Kolejne róże z ich nowej kolekcji bardzo mnie kusiły, więc zdecydowałam się na zakup całej paletki (koło 18 zł), którą od razu też zapełniłam, kupując dwa róże z "nowości"  (20 zł) oraz jeden róż ze standardowej oferty w mniej rzucającym się w oczy odcieniu (15 zł).
Dodatkowo, jakiś czas temu natknęłam się w internecie na zdjęcia nowej kolekcji Sleeks Cream-ów od Inglota. Kolory mnie bardzo zaciekawiły, jednak na żywo okazało się, że większość nie jest dla mnie. Takim oto sposobem w moje ręce wpadł błyszczyk w odcieniu o numerze 107 (z nowej kolekcji) oraz 90 (ze starej). Każdy kosztował 20 zł. Ich kolory są bardzo w moim guście a ich zapach mnie powalił na kolana. Na ustach też prezentują się bardzo fajnie.
Na zdjęcie załapał się także błyszczyk z letniej edycji od firmy Bell, który ostatnio widziałam w Naturze w promocji za 9,99 zł. Ma świetny kolor oraz cudownie pachnie!
Na koniec taka moja mała dygresja... Część z Inglotowych kosmetyków kupiłam na wyspie Inglota w centrum, przez które prawie codziennie przechodzę, a część w ich sklepie, w centrum handlowym praktycznie na drugim końcu miasta. Właściwie to mogłabym wszystkie te rzeczy zakupić na owej "wyspie" w centrum, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Otóż dlatego, że Pani sprzedawczyni non-stop nade mną stała oraz czegokolwiek nie dotknęłam, byłam zmuszona słuchać peanów na temat owego produktu. Jedyne o czym wtedy myślałam, to by jak najszybciej skończyć zakupy i już stamtąd iść.. Dlatego też, po resztę zakupów pojechałam do sklepu Inglota, gdzie mogłam sobie w spokoju wszystko obejrzeć i gdzie nikt nade mną nie stał i nie gadał mi nad uchem o wszystkim, na co tylko spojrzałam. Ewidentnie jestem przykładem tego, że zbytnio nachalna troska o klienta może nie tylko nie przynosić zamierzonego efektu, a wręcz powodować straty....


Kolejnym kosmetykiem, który ostatnio kupiłam to róż z limitowanej edycji firmy Artdeco. Swój egzemplarz kupiłam w Duglasie za dość wysoką cenę, bo aż 90 zł (chyba będzie to mój najdroższy kosmetyk, nie licząc perfum). Jednakże musiałam go mieć. No same spójrzcie tylko na te kolory, to tłoczenie oraz ten śliczny ornament na opakowaniu. Po prostu cudo!


Ostatnim kosmetykiem, który zakupiłam jest róż mineralny od firmy Lily Lolo (koło 40 zł) do którego mogłam dobrać sobie cztery darmowe próbki. Jestem bardzo ciekawa tego, jak owy róż się sprawdzi... Jak na razie to bardzo zaskoczyło mnie jego opakowanie, gdyż szczerze powiedziawszy to zawsze wydawało mi się one na zdjęciach dość liche i tandetne... Jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Swoją drogą, ciekawe która z Was pierwsza zgadnie, na jaki kolor pełnowymiarowego różu się zdecydowałam?;>

poniedziałek, 4 czerwca 2012

BeautyFace kolagenowa maska odmładzająca do cery tłustej i mieszanej

Produkt, który dzisiaj dla Was zrecenzuję budzi we mnie sprzeczne odczucia. Maseczkę otrzymałam do testów od portalu urodaizdrowie.pl i od samego początku właściwie nie wiedziałam co z nią począć... Bo niby to maseczka odmładzająca, więc nie dla mnie... Początkowo myślałam, żeby ją oddać mamie do przetestowania, jednak stwierdziłam, że dla niej się ona w ogóle nie nadaje. Koniec końców wyszło na to, że maseczkę odmładzającą przetestowałam ja - dwudziestodwulatka:)

 

Maseczka umieszczona jest w dużym, płaskim opakowaniu. Otoczona jest właściwie całkowicie płynem, który przed nałożeniem maseczki powinniśmy wmasować w twarz. Maseczka wydaje się bardzo delikatna - bałam się, że mi się porwie, jednak jak się  później okazało, aż tak delikatna to ona nie jest.
Używanie owej maseczki nie jest jakoś bardzo skomplikowane. Producent zaleca następujące kroki:
1) wykonanie peelingu, by otworzyć pory,
2) umieszczenie maseczki na kilkadziesiąt sekund w ciepłej wodzie,
3) otworzenie opakowania oraz wmasowanie płynu się w nim znajdującego w skórę twarzy, następnie nałożenie płatu
4) trzymanie maseczki na twarzy przez minimum 30 minut oraz wklepanie resztek serum z opakowania.
Wydaje się więc to w miarę proste. I właściwie takie właśnie jest... Jednakże mi bardzo nie przypadł do gustu owy płat, który mamy nałożyć na twarz. Głównie dlatego, że nijak nie umiałam go nałożyć tak, by idealnie przylegał (no chyba, że wcale nie miał przylegać idealnie) do skóry... Non stop odstawał mi jego kawałek w jednym albo w drugim miejscu. Na plus muszę zaliczyć jednak to, że maseczka dobrze trzymała się twarzy i nie ześlizgiwała się z niej... Ogólnie oprócz tego średniego dopasowania do mojego kształtu twarzy, maseczką przyjemnie trzymało mi się na twarzy. A efekt "Hannibala", który daje jest bezcenny - można straszyć domowników (i nie tylko;)).
Najważniejsze jest jednak, jak wiadomo działanie. Pod tym względem maseczka sprawiła się całkiem nieźle w moim wypadku. Co mnie zaskoczyło po jej użyciu to dość wyraźne uczucie napięcia skóry, a chyba właśnie o to chodzi głównie w maseczkach odmładzających. Po jej zastosowaniu skóra była gładka i miękka. Nie zauważyłam, żeby jednorazowe użycie owej maseczki (nie da się jej zresztą użyć po raz drugi;)) zmniejszyło w moim wypadku wydzielanie sebum. Udało jej się jednak sprawić, że moja cera wyglądała promiennie i świeżo, czego się właściwie wcale nie spodziewałam.
Należy także nadmienić, iż producent w celu uzyskania najlepszego efektu, zaleca wykonanie 5 zabiegów z użyciem owej maski, w odstępie kilku dni.
Cena: 25 zł w sklepie BeautyFace (klik!)

Podsumowując.. Z działania maseczki jestem zadowolona, jednakże nie kupiłabym jej ze względu na to, jaką trudność sprawiło mi odpowiednie nałożenie owego maseczkowego płatu na twarz. Muszę też przyznać, że jej cena, jak na jednorazową przyjemność, do niskich nie należy... Ogólnie uważam, że to taki troszkę "bajer" dla tych z Was, które lubią takie "nietypowe gadżety". Ja jak widać, preferuję jednak tradycyjne maseczki;)