Obserwatorzy

wtorek, 28 sierpnia 2012

Coś, czego dawno tutaj nie było, czyli... lakierowy haul!

Ostatnio wspominałam, że cierpię na lakierowy przesyt... Uroczyście mogę oznajmić, że kryzys został zażegnany i aktualnie moje dwa pudełka z lakierami zostały już całkowicie zapełnione. A w oko wpadło mi jeszcze kilka lakierów, które zapewne prędzej czy później kupię... Zastanawiam się tylko, gdzie będę je trzymać... Bo miejsce i na lakiery i na kosmetyki, powoli się mi już kończy... Jednak ja tu nawijam, a miałam Wam przecież moje zakupy pokazać. Tak więc... Oto i one:


Lakiery ustawione w górnym rzędzie kupiłam na transdesign (klik!). Po raz kolejny mogę polecić ten sklep w 1000%. Wszystko przebiega sprawnie, a wysyłka dotarła do mnie w kilka dni. Uwielbiam tam robić zakupy, pomimo tego, że koszty wysyłki wzrosły do 23 dolarów i Essie nie kosztują już 4$.. Jednak i tak nie jest źle i się opłaca. W dodatku mi się udało zmieścić do paczki 10, a nie standardowo 9 lakierów;)
A teraz co po kolei wpadło w moje ręce.
Skusiłam się na dwa lakiery Color Club - Alias oraz Wild at Heart. Pomimo tego, że lakiery CC średnio lubię (chociaż trzymają się na moich paznokciach chyba najlepiej ze wszystkich!) to kolory te tak mnie urzekły, że nie mogłam się oprzeć. Oczywiście skusiłam się również na lakier OPI - Berlin There Done That. Inaczej być nie mogło. Na zdjęciu wyszedł jakoś bardzo szaro-buro, jednak na żywo to świetny, mało "nudziakowy" kolor. Z China Glaze skusiłam się na Skyscraper, który po głowie chodził mi już dłuższy czas... Dodatkowo, jakby na wypróbowanie, wzięłam lakier z nieznanej mi dotąd firmy Barielle (w sensie... słyszałam o niej, widziałam swatche, ale styczności dotychczas nie miałam;)) w ciekawym kolorze A Bouquet for Ava. Jestem bardzo ciekawa jak się spisze. Dodatkowo kupiłam także nową butelkę Poshe, który jest niezmiennie moim ulubionym topcoatem.

Natomiast dwa Essiaki w dolnym rządku kupiłam na paatal (klik!). Każdy kosztuje 15,99, jednak ja skorzystałam jeszcze z 10% rabatu i każdy wyszedł mnie koło 14 zł, więc okazja nie lada. Tym bardziej, że kolory które ja wybrałam, czyli Orange, It's Obvious oraz Bangle Jangle, pochodzą z bardzo "świeżych" Essiakowych kolekcji. Co mnie bardzo ucieszyło, to fakt, że pomarańczowy Essiak jest w wersji europejskiej, czyli ma gruby pędzelek. Chociaż z drugiej strony, to obawiam się, że jeśli się sprawdzi to we wrześniu popędzę do Super-Pharmu po kilka innych Essie do kolekcji....


A na koniec chcę się Wam pożalić... Mam ostatnio bardzo zły nastrój, gdyż mój prezent urodzinowy zaginął w akcji, co mnie bardzo martwi, gdyż jest to moje długo wyczekiwane Guerlainowe cudeńko... Jednak nie tracę nadziei.
W dodatku, jakby tego było mało, za tydzień czeka mnie  trudny egzamin. Co prawda jest to pierwszy termin (tak, mamy pierwszy termin we wrześniu, fajnie, nie?;/), jednak tak bardzo chciałabym go zaliczyć, a przy tym cholernie mi się nie chce do niego uczyć. W dodatku dzień przed egzaminem mam swoje urodziny, które spędzę z nosem w książkach. Po prostu cudownie....
Tak więc... przez najbliższy tydzień zapewne będzie mnie tu mało, jednak mam nadzieję, że zaczekacie na mnie;)

niedziela, 26 sierpnia 2012

Golden Rose Rich Color nr 12

Dziś przedstawię Wam lakier z najnowszej serii Golden Rose.  Z tego co widziałam, to seria ta zbiera same pochwały. Więc... czy i mi przypadła ona do gustu? Oto jest pytanie;)


Od razu na wstępie zaznaczę, że urzekła mnie buteleczka (ach, ta stylizowana na metalową nakrętka) oraz pędzelek. Ten jest jak dla mnie świetny: ma fajny kształt oraz jest "grubaśny", czyli taki jak lubię;) Buteleczka natomiast jest porządna i wbrew pozorom dość "masywna". Etykiety na niej nie są przeładowane informacjami, dzięki czemu według mnie całość jest miła dla oka.
Mój egzemplarz lakieru ma dość rzadką konsystencję, jednak bardzo dobrze się go rozprowadza na płytce paznokcia. Niestety, nie jest to jednowarstwowiec. W przypadku tego odcienia wskazane są przynajmniej dwie warstwy, a może nawet i trzy by się przydały. W każdym razie efekt, który daje jedna warstwa jest na pewno niewystarczający. Na szczęście lakier szybko schnie, więc konieczność nakładania kilku warstw nie stanowi dla mnie jakiegoś wielkiego problemu.




Kolor lakieru to mocny, momentami lekko neonowy róż. Zdecydowanie rzuca się w oczy. Nie widać w nim właściwie żadnych innych tonów kolorystycznych. Czysty, wyraźny róż. Nie będę ukrywać - nie jest on w moim typie, jednak przyda się gdy najdzie mnie ochota na lekkie paznokciowe "szaleństwo";)
Jak widać na dwóch pierwszych zdjęciach, lakier ten nie wysycha na wysoki połysk. Wręcz daje bardziej satynowy efekt, który zresztą jest dość charakterystyczny dla neonowych lakierów. Na dwóch kolejnych zdjęciach lakier pokryty jest natomiast nowym topem, również od Golden Rose, o nazwie Gel Look Top Coat. I jak widać, połysk daje on naprawdę świetny. Jednakże o nim będzie mowa w osobnym poście;)

Jeśli byłybyście zainteresowane to lakiery z tej serii można kupić m.in w sklepie Golden Rose (klik!) za jedyne 6,90 zł. Jak dla mnie to cena jest bardzo atrakcyjna i sama wkrótce zapewne skuszę się na inne odcienie z tej serii.


A jak Wam się podoba nowa seria od Golden Rose?;>

czwartek, 23 sierpnia 2012

Fennel - masło do ciała Cytrynowy Mirt

Uwielbiam wszelkiego rodzaju smarowidła do ciała. Najbardziej jednak w mój gust trafiają przede wszystkim różnego rodzaju masła do ciała i to właśnie one przeważają w mojej kosmetyczce. Tak więc dziś notka o moim najnowszym nabytku tego typu, czyli masłu do ciała od firmy Fennel.


Masło do ciała zamknięte jest w dość dużym, płaskim, okrągłym opakowaniu. Po odkręceniu wieczka naszym oczom ukazuje się aluminiowe zabezpieczenie wnętrza, które gwarantuje nam, iż kosmetyk nie był wcześniej testowany przez jakąś niepowołaną ku temu osobę;)
Masło ma treściwą i gęstą, a przy tym dość "lekką" konsystencję. Bezproblemowo zarówno wydobywa się je z wnętrza opakowania, jak i rozsmarowuje po ciele. Myślę również, że jest wydajne, gdyż stosuję je regularnie już miesiąc a jeszcze mi go trochę zostało. Nawilżenie daje całkiem dobre, jednak myślę, że dla bardzo wysuszonej skóry będzie to jednak za słaby "nawilżacz". Mi tam jednak w zupełności wystarcza;)
Co mnie natomiast w tym maśle totalnie urzekło, to jego zapach. Jest cudowny, bardzo naturalny. Jak dla mnie to zapach ciasta cytrynowego, które przypomina mi dzieciństwo;)
Cena tej cytrynowej przyjemności to około 30 zł, a listę sklepów, gdzie możecie zakupić owe masło znajdziecie tutaj.


Mi to masło przypadło do gustu na tyle, że gdy wykończę chociaż część moich zapasów, prawdopodobnie skuszę się na inny wariant zapachowy tegoż kosmetyku:)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Dokładka rzeczy na sprzedaż...

Ostatnio zabrałam się za małe porządki i takim oto sposobem w zakładce "Sprzedam" znalazło się kilka nowych rzeczy. Jeśli byłybyście zainteresowane, zapraszam:)

KLIK! :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Zdjęcia nowych nabytków + krótka relacja z Krakowa

Zaczynamy od tego, co większość z Was najbardziej interesowało, czyli od dokładnych zdjęć moich łupów. Tak więc... zaczynamy:)

od lewej Patina i Satin Taupe

Musiałam obowiązkowo się skusić na cienie do powiek. W końcu tyle o nich słyszałam. Jednak muszę też przyznać, że ich cena poraża... 50 zł za jeden wkład to ciężka do przełknięcia cena. Dlatego też zdecydowałam się na dwa dość popularne i niespotykane kolory, czyli Patina oraz Satin Taupe. Do tego zdecydowałam się również na zakup paletki na cztery cienie (23 zł), którą  zamierzam stopniowo zapełniać:)


Pomimo mojej niechęci wobec wszelkich cieni w kremie, postanowiłam dać tego typu kosmetykowi kolejne szanse, stąd też mój zakup osławionego paint pota (78 zł) w neutralnym, aczkolwiek bardzo ładnym odcieniu o nazwie Painterly. Jego formuła mnie urzekła i mam nadzieję, że nie  będę nim rozczarowana, gdyż jeszcze przynajmniej jeden odcień wpadł mi w oko;)


Oczywiście kupiłam również szminkę (79 zł) Syrup o wykończeniu Lustre. Niestety, chciałam jej dziś zrobić dla Was zdjęcie, jednak niestety jej kolor na nim wyszedł tak daleki od rzeczywistości, że nawet nie ma sensu go tu pokazywać.. W każdym razie Syrup to piękny, chłodny a zarazem delikatny fioletowawy odcień. Bardzo mi się podoba i już mogę powiedzieć, że świetnie się w nim czuję. W dodatku już wiem, że następnym razem moim łupem będzie Lustering, która to szminka również podbiła moje serce, jednak była niestety niedostępna...


W Rossmannie natomiast uległam i kupiłam w końcu Color Tattoo od Maybelline w odcieniu Permanent Taupe (23,99 zł). Już kilka dni temu macałam go w rossie w moim mieście, jednak wtedy się mu oparłam. Niestety, na wszelkich wycieczkach ulegam wszystkim pokusom, jakim tylko się da i koniec końców owy cień wpadł w moje ręce. Kolor jak dla mnie jest świetny: ładny, przybrudzony szaro-brąz;)


The Body Shop był dla mnie obowiązkowym punktem wycieczki, gdyż po prostu musiałam mieć masełko do ust o zapachu smoczego owocu (25 zł), z którego część dochodu zasili wybraną organizację. Właściwie to kupiłam je tylko z powodu tej charytatywnej akcji, nawet nie wąchając w sklepie testera. Ważne, że mogłam kogoś wspomóc i takim sposobem mój głos został przekazany na fundację Viva!


I to by było tyle, jeśli chodzi o dokładne zdjęcia moich zakupów. Teraz pora na krótkie podsumowanie wypadu do Krakowa. Tak więc w skrócie...
1. W Krakowie po raz drugi w życiu jechałam tramwajem (że też TBS jest akurat w Galerii Kazimierz, a nie Krakowskiej;)). W dodatku całą jazdę stresowałam się czy aby na pewno kupiłam odpowiedni bilet, gdyż postanowiłam razem z moim panem J. być samowystarczalnym i kupić bilety w automacie:P
2. Uwielbiam gulasz meksykański z Green Way'a (który swoją drogą jest również i u mnie w mieście) i taki też był mój obiad w Krakowie. W dodatku mieliśmy Groupona więc oprócz dwóch porcji gulaszu skusiliśmy się także na naleśniki z owocami. Mniam!
3. Pozostając w temacie jedzenia... Cholernie zazdroszczę krakusom Cupcake Corner Bakery. Po prostu ubóstwiam ich kapkejki i jest to mój punkt obowiązkowo podczas wypadu do Krakowa. O, nawet mam dla Was na smaka zdjęcie mojego kapkejka:)


4. Dalej o jedzeniu będzie... W Galerii Kazimierz skusiłam się wraz z moim panem J. na mrożony jogurt w Feel The Chill! Tym niestety nie byłam już aż tak zachwycona, jednak myślę, że dla miłośników jogurtu jest to całkiem ciekawy przysmak. Ja jednak się do tego grona nie zaliczam i zdecydowanie bardziej wolę kaloryczne McFlurry w McDonaldsie;)
5. Także w Galerii Kazimierz odwiedziłam Super-pharm, gdzie mogłam popodziwiać szafę Essie. Ach, cudna była... Niestety w niej akurat nie skusiłam się na nic. Kupiłam tam natomiast coś, co było wybawieniem dla moich poobdzieranych pięt, czyli...


czyli takie cudo:P Naprawdę mi pomogło i dzięki owym "plastrom" mogłam dalej w miarę normalnie się poruszać:P

Jedynym minusem mojego wyjazdu była podróż powrotna, podczas której musiałam przez dwie godziny stać w autobusie z tymi moimi poobdzieranymi stopami i podczas której miałam ochotę wybić prawie wszystkich przedstawicieli płci brzydkiej, którzy to, gdy zrobiło się wolne miejsce, zajmowali je nie zważając na tym, że ja, będąc kobietą, stoję. Żaden nie wpadł na pomysł, żeby mi ustąpić miejsca. Powiem Wam, że zwątpiłam i już powoli całkowicie tracę wiarę w nasze społeczeństwo...


środa, 15 sierpnia 2012

Post na szybko, czyli moje krakowskie łupy...

Wiedziałam, no po prostu wiedziałam, że "popłynę" w MACu. I oczywiście tak też się stało. Dziś tylko fotka na szybko moich wszystkich zakupów, gdyż padam, a chcę jeszcze nadrobić moje blogowe zaległości z dnia dzisiejszego;) Oto więc i one:



Jeśli zaś chodzi o sam wyjazd, to bardzo się udał, mimo że pogoda oraz moje buty chciały mi zepsuć ten dzień. Jutro, a właściwie to już dziś, zdam Wam obszerniejszą relację oraz pokażę co takiego dokładnie kupiłam:)

wtorek, 14 sierpnia 2012

I ja popadłam w MAComanię!

Długo się opierałam, ale w końcu uległam. Bo jakby mogło być inaczej. W końcu wszędzie się o kosmetykach MACa trąbi. Co chwila jakieś nowe kolekcje. Ja jednak skusiłam się na dwa produkty z mniej aktualnych kolekcji, czyli Hey Sailor! oraz Vera...


Pierwszy z lewej na zdjęciu jest rozświetlaczo-róż  Crew. Po pierwszym macaniu bardzo mi przypadł do gustu. Ma fajną konsystencję i świetną pigmentację.
Obok niego znajduje się kolejny kosmetyk do policzków, czyli Sunday Afternoon. Nim nie jestem aż tak zachwycona, gdyż ma dziwną, strasznie twardą konsystencję. Jednak podoba mi się, bo daje naprawdę ładny efekt.
Na zdjęcie załapał się także błyszczyk, któremu nie mogłam się oprzeć ze względu na kolor. Sahara Pink ma cudny kolor, jednak jest on dość ciężki i czuć go na ustach. Swoją drogą... z marką Tom Ford się nigdy w Polsce nie spotkałam, a kilka produktów wpadło mi w oko... Czy może jednak coś ominęłam i jest ona u nas dostępna?


Ogólnie... Popadłam w MAComanię. Zobaczymy jak ona się skończy po mojej dzisiejszej wizycie w Krakowie (jeszcze 6 godzin do wyjazdu:)). Coś czuję, że MAC mnie zrujnuje finansowo;)



czwartek, 9 sierpnia 2012

Nowości od Golden Rose

Kilka dni temu dotarła do mnie przesyłka z lakierowymi nowościami od firmy Golden Rose. Niestety nie miałam jeszcze okazji, aby je przetestować, jednakże bardzo mnie one ciekawią i myślę, że Was również mogą zaintrygować;)


Najbardziej jestem ciekawa topów, tym bardziej, że zarówno mój Poshe, jak i Seche Vite są już na wykończeniu i właściwie się już nie nadają do użytku. Nie obraziłabym się więc (a raczej wręcz przeciwnie;)) gdyby uwieczniony na zdjęciu Quick Dry Top Coat był faktycznie szybko wysychający:)
Ogólnie bardzo podoba mi się design buteleczek i pędzelek. Jest genialny. Na szybko ( na jednym paznokciu) przetestowałam jedynie lakier do paznokci (tylko dlaczego znów przypadł mi róż, skoro ja za różem bardzo nie przepadam?:()... No i niestety kolor, który ja otrzymałam na pewno nie jest jednowarstwowcem... Niestety, gdyż o innych kolorach czytałam, że już jedna warstwa jest genialna....

piątek, 3 sierpnia 2012

Sensique nr 150

Dziś chcę Wam pokazać kolejny czerwony lakier do paznokci z mojej kolekcji. Właściwie zaczęłam się teraz zastanawiać, który to z kolei już będzie... Możliwe, że będzie już ich kilkanaście. Jednak w moim przypadku - czerwieni nigdy dosyć;)


O tym lakierze będzie krótko, bo już kiedyś recenzowałam jeden lakier z tejże serii (klik!)i tenże egzemplarz właściwie nie różni się od swojego Sensique'owego krewniaka. Świetnie się go rozprowadza na płytce paznokcia - ma wygodny pędzelek i odpowiednią konsystencję. W dodatku szybko wysycha, a dwie warstwy dają pełne krycie. Trwałości nie jestem w stanie ocenić, gdyż po dwóch dniach noszenia byłam zmuszona go zmyć (eh, te wymogi w pracy...).
Odcień nr 150 to ładna, klasyczna, aczkolwiek bardzo "żywa" czerwień. Nie widać w niej żadnych innych tonów kolorystycznych. Właściwie to jest to odcień, którego jest pełno na naszym rynku i chyba każda firma ma go w swojej ofercie... Jednakże myślę, że ta czerwień od Sensique jest warta uwagi ze względu na świetną jakość, którą otrzymujemy za niewielką cenę (5,99 zł)



Na koniec muszę się Wam pożalić... Od dziś zaczęłam w pracy "maraton", gdyż pracuję teraz 8 dni pod rząd. Dlatego też nowych notek może być przez ten czas mało, gdyż zapewne po powrocie do domu będę padnięta.... Mam jednak nadzieję, że uda mi tutaj coś nowego Wam co jakiś czas prezentować:)
Swoją drogą o mojej pracy i "ciekawych" klientach planuję dodać za jakiś czas kilka postów, gdyż myślę, że jest to dość ciekawy temat i warto sobie kilka rzeczy uświadomić;) Przede wszystkim to, że praca w sklepie pod względem psychicznym nie jest taka łatwa i naprawdę po dwóch latach pracy w tej branży czuję pewną niechęć wobec ludzi. Eh, dobrze chociaż, że jestem całkiem niezła w ukrywaniu emocji...


środa, 1 sierpnia 2012

Sensique - Rosy Azalea (LE Nature Code)

Ogólnie nie przepadam za różowymi lakierami. Wydaje mi się po prostu, że mało który odcień różu dobrze na mnie wygląda i nie sprawia, że wyglądam kiczowato. Muszę jednak przyznać, że Rosy Azalea jest właśnie jednym z tych wyjątków i z miejsca podbiła moje serce.


 Lakier zamknięty jest w małej, prostej, 7 ml buteleczce. Ta wielkość, a szczególnie gabaryty jego zakrętki, bardzo mi odpowiadają. Pędzelek jest standardowej wielkości, konsystencja jest również odpowiednia. Te dwa czynniki głównie sprawiły, że tak genialnie i bezproblemowo malowało mi się nim paznokcie. Naprawdę lakier rozprowadzał się po płytce paznokcia wprost bajecznie. Właściwie to zadowalający efekt daje już jedna warstwa tego lakieru. Mi jednak coś nie wyszło i na zdjęciach możecie zobaczyć efekt uzyskany dzięki dwóm warstwom.  W dodatku tempo wysychania każdej warstwy też było bardzo dobre, dzięki czemu w moim przekonaniu lakier ten jest "bezproblemowy";)


Rosy Azalea to żywy, mocny róż. Wykończenie jest całkowicie kremowe, co mnie osobiście bardzo cieszy oczywiście. Myślę, że kolor jest w pewnym sensie "uniwersalny" i świetnie będzie się prezentował zarówno na bladych, jak i na opalonych dłoniach:)
Lakiery z serii Nature Code kosztują standardowo 6,19 zł i są dostępne w 8 odcieniach.



Na koniec pytanie...
Jak widzicie postanowiłam troszkę zmienić wygląd graficzny bloga (dziękuję, panie J:*). Tamten był zbyt szaro-bury jak dla mnie i już jakiś czas myślałam nad zmianą. Myślę, że teraz jest przede wszystkim jaśniej i przejrzyściej. Wszystkie zdjęcia tutaj publikowane będą w związku z tym większe, czcionka także się troszku pozmieniała...
Stąd też moje pytanie do Was: Jak Wam się podoba? Coś byście jeszcze zmieniły?;> Wszelkie słowa krytyki oczywiście również są mile widziane:)