Obserwatorzy

środa, 23 października 2013

Aktualizacja zakładki sprzedam: m.in paletka theBalm, odsypka meteorytów...

Po raz kolejny po selekcji w zakładce wylądowały rzeczy, których już jakiś czas nie używam. Wśród nich znalazła się limitowana paletka theBalm - Balm Jovi (cena rynkowa to około 140 zł), której nie używam, gdyż cieni zaczynam mieć aż nadto, a róż i rozświetlacz mam w wersji pełnowymiarowej. Tak więc serdecznie zapraszam Was do zaglądniecia. Nie ukrywam, że przydałyby się nowe fundusze na zakupy w sklepie internetowym MAC ;)



Zapraszam! :)

czwartek, 10 października 2013

Szaleństwo zakupów z Pandorą

Tegoroczny październik to miesiąc różnego rodzaju akcji rabatowych. Począwszy od wszelakich "nocy zakupów" , na weekendowych szaleństwach z rabatami z różnych gazet skończywszy. Oczywiście sama nie mogę przegapić takich okazji do zakupów. Z ostatniego weekendu z rabatami Z InStyle/Elle po prostu musiałam skorzystać. Zwłaszcza, że był  w nich kupon na gratisową bransoletkę z Pandory przy zakupie powyżej 299 zł. Cóż... Sama rok temu właśnie z taką promocją zaczęłam przygodę z tą firmą, a akurat się dobrze składało, bo zapełniłam całą otrzymaną rok temu srebrną bazę i pilnie potrzebowałam nowej. Tak więc.. Moje skromne zakupy z zeszłego weekendu prezentują się następująco:


Klips "Morskie fale" do czarnej macramki chodził za mną już bardzo długo. Kiedy w końcu nawet chciałam go kupić jakiś czas temu tak się złożyło, że był niedostępny. Teraz jednak czekał na mnie w salonie i w końcu wpadł w moje ręce:)
Natomiast "Polski charms" podbił moje serce od razu, gdy tylko zobaczyłam go na żywo, w salonie. Na zdjęciach promocjnych jakoś tak nie przyciągał mojej uwagi. Natomiast na żywo totalnie zawrócił mi w głowie i wiedziałam, że jego posiadanie to tylko kwestia czasu...


Od przyszłego tygodnia wracam z nowymi, kosmetycznymi postami. Mam tylko nadzieję, że pogoda będzie sprzyjać swatchom, bo za oknem zaczyna być iście jesiennie. Eh, momentami to już nawet tą zbliżającą się powoli zimę czuję.. Grr... A jej to naprawdę nie lubię... ;)

środa, 11 września 2013

Co się ze mną działo przez ostatni miesiąc - spóźniona część druga ;)

Wybaczcie, że dopiero teraz pojawia się post, ale niestety - odbywam praktyki z uczelni, a po powrocie do domu padam i jedyne o czy myślę to sen. Tak więc..krótka, zaległa relacja, a później już wracam do standardowych postów;)


Cóż za trafny numer i kierunek :P
Wyluzowane foki




We Władysławowie spędziliśmy ponad tydzień. Jakie są moje wrażenia? Cóż, mieszane. Przede wszystkim: strasznie tłoczno. Po prostu wszędzie dzikie tłumy. Na plaży, w knajpach, w pociągach. No wszędzie;) Na plaży rywalizacja pt. "kto zajmie większy obszar plaży" lub "kto będzie miał miejsce bliżej morza" ;) W dodatku trafiliśmy na lodowatą wręcz wodę. W czasie całego pobytu zanurzyłam się w naszym Bałtyku aż pięć razy, co uważam za spory wyczyn przy tamtej temperaturze morza. Samo Władysławowo bardzo ładne, z mnóstwem barów i knajp. Ryb najadłam się więc tam na cały rok ;) Tak jak i lodów i innych smakołyków.
Udało nam się także zaliczyć kilka atrakcji. Przede wszystkim Hel: fokarium, fortyfikacje itd. Rejs statkiem, wiadomo, standard. Przez chwilę byliśmy także na imprezie disco-polo ;) Wracając zaś pociągiem do domu mieliśmy nawet "przyjemność" jechać razem z kibicami, którzy zrobili zadymę na plaży w Gdyni (na szczęście specjalnie dla nich podłączono do pociągu dodatkowych kilka wagonów).

Ogólnie z wyjazdu jestem w miarę zadowolona. Jednak prawdopodobnie w lecie nieprędko wrócę nad polskie morze. Co innego zimą. Oj tak, zdecydowanie marzy mi się zobaczyć Bałtyk zimą :)

Szkoda, że wakacje, jak i moje fundusze, się tak szybko skończyły. Jednak już powoli planuję wycieczkę w dość niestandardowy i lekko "egzotyczny" rejon świata. Jednak co to będzie dam znać, jak będę na 100% pewna, że wypad ten wypali. Póki co jestem jednak bardzo pozytywnie nastawiona;)


niedziela, 25 sierpnia 2013

Co się ze mną działo przez ostatni miesiąc - częśc pierwsza ;)

W skrócie: urlopowałam się :) A wcześniej się do tego urlopowania przygotowywałam i nie miałam na nic zbytnio czasu. Jednak już wróciłam i dziś zdam Wam bardzo krótką relację z podróży.

Początkiem sierpnia pojechałam do Pragi. Miasto mnie totalnie urzekło, chociaż co wieczór z bólu nóg nie czułam (samego pierwszego dnia pobytu przeszliśmy pieszo ponad 25 km).









Co mnie głównie urzekło w Pradze? Przede wszystkim to, że niesamowicie tętni życiem, a przy tym panuje tam taka dość spokojna atmosfera. Później, wiadomo, architektura. Praga ma naprawdę multum pięknych, starych budynków. Począwszy od wszelkich kamienic w centrum, skończywszy na Moście Karola czy Hradczanach. Dzięki wykupionej przez nas dwudniowej "praskiej karcie turystycznej" (klik!) udało się nam (czyli mi i mojemu chłopakowi) zobaczyć naprawdę dużo i to w korzystnej cenie. Fakt, że czasami trochę ganialiśmy na wariata, ale dzięki temu udało nam się zobaczyć wszystko, co mieliśmy w planach ( a nawet i więcej;)). Jako że łącznie nasz pobyt w Pradze wynosił cztery dni, mieliśmy również czas, żeby na spokojnie poszwędać się po centrum. Swoją drogą wtedy też trafiłam na ulicę Paryską, gdzie mieszczą się butiki większości znanych projektantów i gdzie naprawdę można doznać szoku cenowego;)
Z ciekawych miejsc, które udało mi się zobaczyć, a które niekoniecznie są w każdym planie podróży turystów zdecydowanie polecam Muzeum Sztuki Użytkowej, gdzie większość eksponatów mnie zachwyciła. Ciekawe ( ale pod trochę innym względem;)) jest także Muzeum Maszyn Erotycznych, które także udało nam się zobaczyć, a niektóre wynalazki w nim znajdujące się zjeżyły nam włosy na głowie;)
Samo podróżowanie po Pradze jest faktycznie bezproblemowe - tramwaje, autobusy i metro dają naprawdę wiele możliwości. U nas początkowo problemem było kupno biletu, ale w końcu udało się nam trafić na kiosk i kupić owe świstki papieru...Swoją drogą bez problemu dogadaliśmy się ze sprzedawczynią - my mówiąc po polsku, ona - po czesku ;)
Jeśli zaś chodzi o jedzenie to z czystym sercem mogę Wam polecić restaurację ( a właściwie to stołówkę) Havelska Koruna (klik!) - stosunkowo tanio i przede wszystkim smacznie. Przy wejściu mają oni nawet menu w języku polskim ( w tym miejscu pozdrawiam grupę Polaków, którzy głośno zastanawiali się czy ceny podane są w koronach czy w złotówkach, dumając nad tym, czy to możliwe, żeby Coca-Cola kosztowała 36 zł ;]).


Krótko podsumowując - Praga mnie zauroczyła i na pewno jeszcze do niej wrócę. Czesi są w mojej opinii bardzo sympatycznym i przyjacielskim narodem, a ceny są zaś właściwie bardzo zbliżone do naszych. Zaś praskie zabytki... cóż, mnie zauroczyły:)


Na dziś to by było tyle. W części drugiej będzie trochę zdjęć z mojego pobytu nad polskim morzem - we Władysławowie. Jednak na pewno następna relacja będzie krótsza;)
A teraz lecę nadrabiać zaległości blogowe, gdyż wcześniej nie miałam kompletnie na to czasu, a przez moją nieobecność pewnie nowych notek do przeczytania są już setki;)

środa, 24 lipca 2013

Sezon na opalanie się w pełni...

Pogoda za oknem iście plażowa. Baseny w moim mieście przeżywają prawdziwe oblężenie. Ja natomiast powoli przygotowuję się na upragnione wyjazdy i kompletuję kosmetyczkę. Niestety, na basen z powodu pracy nie będzie mi chyba dane iść.


Ogólnie nie znoszę się opalać. Nienawidzę leżeć plackiem na plaży i tylko obracać się z boku na bok. W dodatku mocna opalenizna w moim wypadku również nie jest twarzowa.
 Stąd też w mojej kosmetyczce produkty z bardzo wysokim filtrem. W tym roku zdecydowałam się na dwa kosmetyki rodzimych marek: mleczko do ciała Lirene oraz krem do twarzy Pharmaceris. Mam nadzieję, że będę w nich w pełni zadowolona.
Oczywiście, jak zawsze, jestem też przygotowana na ewentualne "spalenie się" (jakkolwiek to brzmi;)). W tym wypadku także mam w pogotowiu dwa specyfiki mające przynosić ulgę: emulsję Neoviderm oraz spray chłodzący z pantenolem. Emulsję stosowałam już w zeszłym roku i mnie nie zawiodła. Mam nadzieję, że w tym roku również się sprawdzi.


A jakie są Wasze typy jeśli chodzi o kosmetyki do opalania? Stosujecie wysokie czy niskie filtry? No i przede wszystkim: korzystacie z pięknej pogody czy niestety tak jak ja spędzacie większość czasu w pracy? :)

czwartek, 18 lipca 2013

Color Club - Wild At Heart

Jako że pogoda za oknem jest dziś u mnie wręcz cudowna podzielę się dzisiaj z Wami recenzją lakieru, który cały swój urok jest w stanie pokazać właśnie w takich warunkach pogodowych. Tak więc... Dzisiaj serwuję piękny lakier firmy Color Club - Wild At Heart.




Jeśli chodzi o właściwości lakieru, to są one standardowe dla tej firmy i pewnie już nie raz o nich wspominałam. Pędzelek jest standardowy, dobrze się nim maluje. Jednak sam lakier jest dość gęsty, więc trzeba nim dość szybko operować. Oczywiście schnie wręcz błyskawicznie. Trwałość dla mnie jest zadowalająca - mam go na paznokciach już trzeci dzień i wciąż wygląda nienagannie.


Wild At Heart to w buteleczce "zwykły" fioletowy lakier z mnóstwem srebrnego pyłku. Jednak na paznokciach pokazuje on swoje prawdziwe, ukryte oblicze. Oblicze, które mnie osobiście powaliło (zwłaszcza jeśli chodzi o efekt w słońcu). W cieniu na paznokciach jest to fiolet z mnóstwem lekko mieniących się na różne kolory drobinek. Natomiast w słońcu pokazuje on swoje możliwości i widzę w nim dość mocny holograficzny efekt. Odbija cudownie światło i mieni się prawie że na wszystkie kolory tęczy. Cudeńko po prostu.
Niestety mój aparat nie był w stanie oddać w pełni tego efektu, jednak mam nadzieję, że coś na zdjęciach jest widoczne;)


Wybaczcie ostatnią przerwę w pisaniu, ale znów praca zmianowa daje o sobie znać. Ale już wkrótce wakacje;)

piątek, 5 lipca 2013

Sprzedam: Mary-Lou, odsypki Meteorytów, paletka Sleek i wiele innych

Kochani, jako że wakacje się zbliżają a przydałoby się zwiększyć na nie fundusze postanowiłam zrobić porządki w moich kosmetycznych zbiorach. Takim sposobem w zaktualizowanej zakładce "Sprzedam!" (klik!) znalazło się sporo fajnych rzeczy, m.in Mary-Lou, paletka Sleek, lakier OPI, odsypki Meteorytów. Tak więc.. serdecznie zapraszam do zaglądnięcia:)













Na wszystkie maile odpiszę po 21, jak wrócę z pracy. Jeszcze raz zapraszam:)

niedziela, 30 czerwca 2013

Wyprzedaż w Pandorze + wygrana w konkursie

Wyprzedaże zaczęły się chyba już wszędzie. W sklepach z ciuchami, butami, akcesoriami. Pandora także uległa i zaczęła sezonową wyprzedaż wycofywanych produktów. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała...

 Charms o wdzięcznej nazwie "Gołąbek pokoju" kusił mnie już dość długo, jednak jego cena skutecznie mnie odstraszała (399 zł). Nic dziwnego więc, że gdy został przeceniony na 275 zł poleciałam do salonu i w końcu wpadł w moje ręce. Zakupu absolutnie nie żałuję, gdyż naprawdę jest śliczny.


Wczoraj natomiast skusiłam się na jasnofioletową macrame. Oczywiście także jest ona w promocji - wszystkie kolory przecenione są ze 129 zł na 95. Na ręce prezentuje się pięknie, jednak sprawia mi póki co wiele problemów zakładanie jej. Jakoś tak... nie umiem za bardzo tymi sznureczkami manewrować, ale mam nadzieję, że nabiorę wprawy;)


Ostatnio też szczęście mi sprzyja i udało mi się wygrać główną nagrodę w konkursie Pandory na blogu Jestem Kasia (klik!).


Jak widać nagroda już do mnie dotarła, jednak nie było mi dane cieszyć się nią długo, gdyż (za moim pozwoleniem) skonfiskowała ją mama. Takim oto sposobem moja rodzina powitała kolejną pandoroholiczkę (tak, mama także skorzystała z wyprzedaży w Pandorze;)).


W moje ręce jeszcze wpadła piękna, niebieska, zapinana z tyłu, koszula z Mohito, która w dodatku ma piękne gipiurowe zdobienia na kołnierzy oraz rękawach. No cudeńko:) Szkoda, że zapomniałam jej zdjęcie zrobić...;/


A co wam udało się upolować na wyprzedażach? :) Śmiało, chwalić się mi tu!:)

niedziela, 23 czerwca 2013

Krem Odżywczy od Synesis, czyli mój obecny ulubieniec wśród kremów do twarzy!

Znaleźć idealny krem do twarzy to nie lada wyzwanie. Sama już dość długo eksperymentuję z różnymi kremami w poszukiwaniu ideału. Począwszy od tańszych marek drogeryjnych (Ziaja), poprzez te droższe marki apteczne (Sanoflore), aż po mój najnowszy nabytek od mało dostępnej firmy Synesis. I to właśnie o nim dziś będzie recenzja, gdyż naprawdę warto przyjrzeć mu się bliżej.


 Krem przyszedł do mnie zapakowany w papierową torebkę z logo firmy, w której dołączona była do niego kartka ze szczegółowym opisem jego działania. Firma, jak zawsze, zadbała o każdy szczegół;) Sam krem zamknięty jest w porządnym, dość ciężkim, białym słoiczku ze złotą nakrętką z logo Synesis. W środku znajdziemy 50 ml kosmetyku. 

Niektórym może nie przypaść do gustu jego zapach, gdyż jest taki świeży, jak dla mnie lekko cytrusowawy. Mi się bardzo podoba, jednak myślę, że niektórym tego typu zapachy mogą się kojarzyć głównie z płynami do zmywania naczyń, czy mleczkami do czyszczenia;) Najdziwniejsze dla mnie w tym kremie są konsystencja oraz jego aplikacja. Jeśli chodzi o to pierwsze, to jest ona taka lekko kleista i chyba właśnie dlatego aplikacja tego cuda jest taka dziwna. Mianowicie krem strasznie się maże na skórze. Po prostu im bardziej się go wciera, tym gorzej i przez to ciężko go rozprowadzić. Na początku strasznie mnie to wkurzało, jednak teraz już do tego przywykłam.. 

tutaj starałam się uchwycić to "mazanie się" kremu...
Krem wchłania się dość szybko, lekko przy tym matowiąc skórę. Natomiast to co mnie w nim urzekło to działanie. Na moją cerę ma on wręcz zbawienny wpływ. Przede wszystkim ją.. "normalizuje", przez co nie świeci się ona tak szybko i wygląda zdrowo i jednolicie. Zapobiega on też w moim wypadku pojawianiu się wszelkich niemiłych skórnych niespodzianek, a także bardzo pomaga w pozbywaniu się tych już obecnych. Miejsca, które mają skłonność do wysuszenia (policzki) bardzo dobrze nawilża. Co więcej... mam wrażenie że dobrze działa także na pory, przez co są one trochę mniej widoczne..Moja cera jest dzięki niemu bardzo miękka i miła w dotyku, a jej koloryt bardziej wyrównany.
Krem ten nie należy do najtańszych - jest do kupienia w sklepie internetowym Synesis (klik!) za 88 zł, jednak jak dla mnie jestw  100% warty tej ceny. Co więcej, sklep Synesis często robi różnego rodzaju promocje, więc wtedy tym bardziej warto. 

Jak tylko skończę to opakowanie (a jeszcze trochę to potrwa, bo jest szalenie wydajny),  na pewno skuszę się na kolejne opakowanie. Chwilowo więc... pod względem pielęgnacji twarzy jestem w pełni usatysfakcjonowana;) A to się chyba rzadko zdarza, więc o czymś to świadczy:)


A jakie są Wasze ulubione kremy do twarzy? Chętnie poczytam i być może kiedyś się skuszę:)

czwartek, 20 czerwca 2013

Nowości kosmetyczne oraz pandorowe...

Sesja trwa, więc gdy tylko się nadarzyła okazja (czyt. pieniądze ze stypendium na koncie;)) nie mogłam się oprzeć i poczyniłam kilka bardziej, jak i mniej potrzebnych zakupów...


Tymi bardziej potrzebnymi, a wręcz koniecznymi, były zakupy, które poczyniłam w Super-Pharm...


Przede wszystkim musiałam kupić jakieś mleczko do opalania. Oczywiście z jak najwyższym filtrem, ale w miarę znośnej cenie.  Akurat na promocji było mleczko Lirene dla dzieci z filtrem 50 (koło 23 zł), więc to właśnie na nie, jak widać, się zdecydowałam. Do tego wypatrzyłam na promocji  Panthenol w sprayu (11,99 zł), więc zapobiegawczo, także go przygarnęłam. Przy kasie okazało się, że mogę skorzystać z promocji i otrzymać krem pod oczy Biodermy za 9,99 zł. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała;)


Przy okazji zahaczyłam też o The Body Shop, gdzie obecnie trwają wyprzedaże. Z myślą o wakacyjnych wyjazdach zgarnęłam dwa żele pod prysznic (12,50 z 25 zł). Muszę przyznać, że pachną wprost obłędnie i na wakacyjne wypady będą idealne. Do tego skusiła mnie również mgiełka do ciała/pomieszczeń, która również była przeceniona (18,50 z 37 zł) i która ma świetny zapach. Czasami czuję w niej samą wanilię, a kiedy indziej wanilię przełamaną taką kwaskowatą, świeżą nutą. Fajny zapach, oj, fajny :)


 Z wyprzedaży blogowej od Lidii z bloga Lady Anchor Blog (klik!) dotarł do mnie lakier OPI Muir Muir On The Wall z kolekci jesiennej San Francisco. Na zdjęciu kolor wyszedł nijako, jednak w rzeczywistości to piękny brązowo-fioletowy lakier. Cudo. Jak widać Lidia zasypała mnie także próbkami, które również chętnie przetestuję i za które jeszcze raz bardzo dziękuję:) Oczywiście zachęcam do odwiedzenia bloga Lidii, bo według mnie naprawdę warto :)


Firma Golden Rose wypuszcza ostatnio na rynek bardzo dużo ciekawych lakierów. Brokaty, piaski, piórka... Przy okazji darmowej wysyłki od bodajże 35 zł skusiłam się na piórkowy lakier Impression o numerze 04, brokatowy Jolly Jewels nr 106 oraz piaskowy lakier Holiday nr 58. Co tu dużo pisać... zapowiadają się bardzo fajnie, zwłaszcza piasek:)



Oprócz zakupów kosmetycznych, poczyniłam także kilka pandorowych zakupów. Oto i one:


Zaczęłam odczuwać brak klipsów na mojej bransoletce, więc przy ostatniej wizycie w salonie Pandory zaopatrzyłam się w dwa gładkie klipsy, o ciekawych brzegach. U zagranicznego sprzedawcy udało mi się natomiast kupić limitowany charms z 2011 roku - Midnight Heart. Jestem nim zachwycona i  chwilowo to takie moje oczko w głowie;) Natomiast łańcuszek zabezpieczający oraz wzorzystą baryłkę kupiłam w irlandzkim sklepie internetowym Arnotts (klik!), gdyż były przecenione aż o połowę. A że na łańcuszek już dość długo ostrzyłam sobie zęby, to nie mogłam przepuścić takiej okazji. Wysyłka była co prawda dość droga, bo 12,50 euro, jednak jest ona w pełni rejestrowana i na bieżąco mogłam śledzić na stronie, gdzie aktualnie znajduje się moja paczka:)

A aktualnie moja dwutonowa Pandora prezentuje się tak:


W zamyśle ma ona być złożona z samych srebrno-złotych charmsów, jednak na razie będzie w taki sposób zapełniona...



Przy okazji... pytanie do pandorowych ekspertek.. Czy Pandora w Irlandii ma dodatkowe znaczki wybite na swoich produktach? Gdyż zdziwiło mnie to, że na moich łupach z tego właśnie kraju obydwie rzeczy oprócz wybitego ALE i S925 mają jeszcze jeden znaczek, który nie wiem co ma oznaczać. Jakby któraś z Was wiedziała co to jest i co znaczy, byłabym wdzięczna za wyjaśnienie mi:)

środa, 12 czerwca 2013

Piękny duochrom, czyli Alias od Color Club...

Firma Color Club nie należy do moich ulubionych firm lakierowych (właściwie sama nie wiem do końca czemu...), jednak Alias idealnie trafia w mój gust i jest jednym z moich lakierowych faworytów. Nie jest to zbytnio "letni" kolor, więc w klimat ostatnich deszczowych dni wpisuje się idealnie...


Buteleczka Color Club jest prosta, bez zbędnych dodatków. Może nawet zbyt skromna i zwyczajna jak dla mnie. Pędzelek jest odpowiedni - nie jest ani zbyt gruby ani zbyt cienki (chociaż ja tam lubię "szczoty" od OPI;)). Konsystencja jest... dziwna. Lakier bardzo szybko schnie na płytce, co na początku sprawiało mi problem, gdyż wysychał mi w trakcie aplikacji. Teraz jednak nauczyłam się z nim obchodzić i malowanie nim paznokci nie sprawia mi żadnego problemu. Trwałość natomiast jest naprawdę bardzo dobra. Zwłaszcza w połączeniu z bazą tej samej firmy. W tym przypadku lakier jest w stanie utrzymać się na paznokciach równy tydzień.


Alias to ciężki do opisania kolor. Typowy duochrom. W zależności od oświetlenia oraz jego kąta padania raz jest zielono-żółty, raz fioletowy, a innym razem jeszcze brązowawy. Taki "żuczek" trochę. W buteleczce natomiast mieni się wszystkimi kolorami tęczy. To właśnie mnie w nim urzekło - ta nieokreśloność... Gdybym zresztą musiała jednym słowem opisać jego barwę to nie byłabym w stanie. Jak dla mnie to takie dziwaczne (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) cudo.


Na koniec jeszcze pochwalę się mini zakupami, które poczyniłam z racji tego, że wrócił mój apetyt na nowe lakiery.


Apetyt ten podsyciły oczywiście promocje. Zwłaszcza ta na The Man With The Golden Gun z rzekomo płatkami złota, który obecnie w sklepie kupkosmetyk (klik!) jest przeceniony z 149 zł na 59. Oczywiście musiałam skorzystać, gdyż lakier ten chodził mi po głowie już dłuuuugi czas a byłam nawet skłonna kupić go za cenę regularną. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się go dorwać na promocji. Do niego dobrałam lakier Polka.com, o którym też już jakiś czas myślałam, a który także był przeceniony. Nie była to co prawda aż tak duża przecena, jednak jakby na to nie patrzeć zawsze lepiej zapłacić 29 zł niż 49;)

czwartek, 30 maja 2013

Moja podstawa makijażu oczu, czyli Painterly od MAC...

Mistrzynią w malowaniu oczu to ja nie jestem. Oj, zdecydowanie nie jestem. Dlatego też w makijażu nigdy nie używam więcej niż 2-3 cieni. Najczęściej jednak decyduję się na jeden, który już sam w sobie wygląda świetnie i nim pokrywam całą powiekę. Ot, czyste lenistwo ;) Jest to główny powód, dla którego tak polubiłam Paint Pota Painterly od MACa....


 Kremowy cień do powiek, bo tym właśnie jest Paint Pot, zamknięty jest w porządnym, szklanym słoiczku z czarną nakrętką. Bardzo estetyczne opakowanie. Proste, a jednak bardzo dobrze wpisuje się w moje gusta. Od spodu znajduje się przeźroczysta naklejka z nazwą naszego odcienia oraz wagą kosmetyku.


Paintpotowy słoiczek jest dość szeroki, a przy górze nie ma właściwie jakiegoś znacznego zwężenia, więc nie ma większego problemu z wydobyciem kosmetyku. Sama konsystencja też jest fajna, bardzo kremowa. Paint Pota mam już dłuższy czas i póki co jego właściwości (głównie konsystencja) się nie zmieniła ani trochę. Co prawda na brzegach trochę "odkleił się" od słoiczka, jednak nie jest w żadnym stopniu wyschnięty. Świetnie się go rozprowadza na powiekach, a na moich w dodatku wytrzymuje cały dzień i nic się z nim nie dzieje. Nie ma mowy o żadnym zbieraniu się w załamaniach, czy ścieraniu się.

Painterly to typowy beż. Bardzo zbliżony do koloru skóry. Czasami używam go jako bazy pod inne cienie i całkiem dobrze się w tej roli sprawdza. Najczęściej jednak stosuję go solo, gdyż pięknie wyrównuje koloryt powieki oraz tuszuje wszelkie widoczne na nich żyłki czy zaczerwienienia.


Jedynymi jego minusami, jak dla mnie, są jego cena (około 90 zł) oraz przede wszystkim dostępność. Niestety, najbliższy salon MAC mam w Krakowie i rzadko kiedy mam tam okazję wpadać... Jednak na pewno te dwa minusy nie przeszkodzą mi w kupnie kolejnego Paint Pota za jakiś czas, gdyż Painterly całkowicie podbił moje serce i mam ochotę na więcej;)