Obserwatorzy

sobota, 23 lutego 2013

Essie - Orange, It's Obvious

Pogoda za oknem jest paskudna, więc wygrzebałam na dysku zdjęcie bardzo pozytywnego lakieru, który kojarzy mi się z wakacjami, za którymi zresztą bardzo tęsknię Tak więc, na poprawę humoru: Essie - Orange, It's Obvious..

 

 Jest to chyba jedyny lakier Essie w mojej kolekcji z grubym pędzelkiem. Jest on jednak naprawdę fajny i bardzo dobrze maluje się nim paznokcie. Zdecydowanie bardziej wolę ten pędzelek niż ten występujący w wersji amerykańskiej. Różnicą między tymi wersjami jest również umiejscowienie nalepki z nazwą - w amerykańskiej wersji jest na spodzie butelki, w europejskiej na nakrętce. Konsystencja jest w normie. Pełne krycie uzyskuje się przy dwóch warstwach. Przy zmywaniu, na szczęście, nie ma problemu z farbowaniem palców, co czasami się zdarza przy bardziej intensywnych kolorach....


Kolor jest świetny: mocny, intensywny pomarańcz. Nie widzę w nim żadnych innych nut kolorystycznych. Orange, It's Obvious jest naprawdę bardzo świeży i idealny na ciepłe, słoneczne dni. Oczywiście nie jest to kolor, który pasuje do wszystkiego, niemniej jednak gorąco go polecam. Zwłaszcza miłośniczkom "wesołych", optymistycznych odcieni na paznokciach;)



Kilka postów temu jedna z Was prosiła mnie, żebym pokazała, jak aktualnie prezentują się moje Pandorowe bransoletki. Tak więc, bez zbędnego gadania, prezentują się one obecnie następująco:


Pozdrawiam!:)

piątek, 22 lutego 2013

Sprzedam jeszcze taniej:)

Hej, postanowiłam obniżyć jeszcze ceny kosmetyków, które mam na sprzedaż. Taniej już nie będzie, więc zachęcam i zapraszam  ;)





środa, 20 lutego 2013

Sanoflore - orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom | Nowe S.T.A.M.P.S....

Krem do twarzy to podstawa... Chyba większość z Was się ze mną pod tym względem zgodzi. Oczywiście kremów, które mnie kuszą, żeby je przetestować jest mnóstwo... Jako że moja cera jest mieszana a moim problemem są rozszerzone pory, na co dzień szukam kremu matującego, który mógłby posiadać cudowną właściwość "zmniejszania porów". Przy tym liczę, że nie wysuszy mi policzków, co niestety czasami się zdarzało...Jakiś czas temu zainteresowała mnie marka Sanoflore... Stąd też, gdy nadarzyła się ku temu okazja, postanowiłam kupić ich krem przeciw niedoskonałościom... Kremu używam już dłuższy czas i myślę, że spokojnie mogę się podzielić swoimi przemyśleniami na jego temat...


Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że bardzo mi się podoba wygląd opakowań wszystkich kosmetyków firmy Sanoflore. Nawiązują one w jakiś sposób do natury, a przy tym są proste i bardzo ładne pod względem estetycznym. Nawet sam kartonik jest bardzo porządnie wykonany, z wszelkimi tłoczeniami... No nie będę ukrywać - wygląd ma dla mnie spore znaczenie. W dodatku  kosmetyki Sanoflore posiadają certyfikat ECOCERT, co znacznie zwiększyło moje zaufanie do marki. Dla zainteresowanych na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć pełny skład kosmetyku...


Krem umieszczony jest w praktycznym opakowaniu z pompką. Lubię takie opakowania, gdyż są bardzo higieniczne i mam wrażenie, że umożliwiają wydobycie prawie całości kremu. Zresztą w przypadku tubek same wiemy ile kosmetyku w środku zostaje i większość osób tą właśnie część, świadomie bądź nie, marnuje... Tak więc tutaj mamy do czynienia z pompką, która naprawdę działa świetnie - nie ścina się i umożliwia wydobycie dowolnej ilości kosmetyku. Nie mamy więc z góry narzucone w tym wypadku, że przy naciśnięciu będziemy otrzymywać ilość kremu starczającą do wysmarowania twarzy swojej, mamy a może nawet przyjaciółki, jak to ma miejsce w przypadku niektórych pompek... W środku znajdziemy sporą ilość kosmetyku - 50 ml, co uważam za optymalną ilość....


Krem ma fajną konsystencję - trochę rzadką, ale przy tym dość treściwą. Ma też specyficzny zapach, który nie każdemu może przypaść do gustu. Dla mnie jest to po prostu zapach trawy cytrynowej, z którym się już wcześniej w kosmetykach spotkałam.. Jest świeży i przypadł mi do gustu. Jeśli chodzi o wchłanianie to krem wchłania się średnio szybko, ale dla mnie to nie jest jakimś problemem. Natomiast tuż po jego użyciu odczuwam cudowną miękkość skóry. Moja skóra jest nawilżona, a przy tym lekko zmatowiona. Uwielbiam ten efekt. Mam wrażenie, że troszeczkę też zmniejsza moje rozszerzone pory, a przynajmniej sprawia, że stają się one mniej widoczne. Jeśli natomiast chodzi o zwalczanie wszelkich niedoskonałości, to szczerze powiedziawszy, nie zauważyłam, żeby jakoś wybitnie mi w tym pomagał - mam wrażenie, że pod tym względem nie robi nic.
Cena tego kremu oscyluje w granicach 50-60 zł. Według mnie to odpowiednia kwota i według mnie jest on w 100%  wart  tych pieniędzy.



Wspominałam już kiedyś na blogu, że zbieram dość oryginalne zegarki z wymiennymi tarczami, czyli stampsy... Uwielbiam te zegarki i na uczelni zebrałam już mnóstwo pochwał za nie. Niestety, ostatnio dowiedziałam się, że ich firmowe stoisko w moim mieście się likwiduje... Chyba jakieś przeczucie mnie do nich przywiodło, bo trafiłam tam akurat w przeddzień zamknięcia stoiska. Jako że na swojej karcie stałego klienta zostało mi miejsce na jeszcze jedną pieczątkę, a potem miałam otrzymać stampsa gratis, postanowiłam coś wybrać. Wybrałam tarczę z kodem kreskowym a jako gratisowego stamspa wzięłam tarczę z różnokolorowym kołem (w którym jeszcze do końca nie wiem jak odczytać dokładną godzinę;)).


Dzień później wybrałam się natomiast do Silesii, gdzie na niepozornym stoisku pojawiła się nowa stampsowa kolekcja. Od razu po jej pierwszych zdjęciach wiedziałam, że papugi muszą być moje (tak, mam zwierzęcego fioła;)). I udało się - oto są. Muszę przyznać - są śliczne i jestem nimi zachwycona.

Myślę, że mogą to być moje ostatnie stampsowe zakupy, gdyż najbliższe firmowe, w pełni wyposażone stoisko mam aktualnie w Krakowie. Jednak niewykluczone, że gdy coś z kolejnej kolekcji mnie zauroczy czym prędzej pognam do Krakowa;)

środa, 13 lutego 2013

My Secret - Exotic Cocktail (nr 156)

Pogoda za oknem nie rozpieszcza... U mnie cały dzień jest szaro, ponuro i non stop sypie śnieg. W dodatku cały dzień boli mnie gardło i ogólnie dziś mnie lekko rozłożyło... Tak więc dziś na poprawę humoru recenzja bardzo optymistycznego, wręcz letniego lakieru....


Jeśli chodzi o techniczne aspekty tego lakieru to jest całkiem nieźle. Dość dobrze kryje (na zdj. dwie warstwy), a przede wszystkim równomiernie się rozprowadza i nie tworzy smug. Schnięcie też w normie. Jedynym minusem jest w jego wypadku trwałość, a raczej jej brak - odpryski pojawiły się u mnie już następnego dnia.
Jeśli zaś chodzi o kolor to jest on średnio w moim typie (jak chyba większość z Was wie nie przepadam za różem na paznociach). Tym bardziej, że odcień ten to dla mnie taki typowy, jasny, lekko bieliźniany róż, nie przełamany żadnym innym odcieniem... Jednak spodobało mi się, jak prezentuje się on na bladych dłoniach, przez co stał się on dla mnie całkiem znośny i zapewne raz na jakiś czas zafunduję ten kolor swoim paznokciom. Patrząc na kolor Exotic Coctail mam w swojej głowie tylko jedno skojarzenie - koktajl truskawkowy.

I takim oto sposobem zrobiłam sobie strasznego smaka na truskawki, a co za tym idzie lato... Eh...:)

wtorek, 12 lutego 2013

MAC - Sunday Afternoon (Pearlmatte face powder - LE Vera)

 Dzisiaj przedstawię Wam dziwne cudo do twarzy, pochodzące z zeszłorocznej, limitowanej edycji MAC -Vera. Właściwie to oprócz tego kosmetyku, nic innego mnie z tej kolekcji zbytnio nie kusiło. Natomiast sam ten puder udało mi się dorwać na allegro, w miarę przystępnej cenie, co mnie bardzo cieszy. Jednak przechodząc do sedna...


Oczywiście puder, jak chyba każdy kosmetyk MAC, zamknięty jest w czarnym kartoniku, charakterystycznym dla tej firmy. Pudru w opakowaniu jest sporo, bo aż 12 g. Myślę, że starczy mi naprawdę na długi czas. Same opakowania produktów tejże firmy również mi się podobają - są takie... proste a przy tym naprawdę ładne i dobrze wykonane. Nie jest to według mnie tandetny plastik w żadnym wypadku. Przy tym otwarcie produktu jest również "sprytne", na klik, przez co nie muszę się martwić o połamanie paznokci, przy jego otwieraniu. Sam wzorek na pudrze również jest świetny (jak zresztą zawsze w tej firmie). Takim oto sposobem moja potrzeba estetyki jest zaspokojona;)


Jeśli zaś chodzi o samo działanie tego różo-rozświetlacza (wybaczcie wcześniejsze określenie puder, ale jest po prostu krótsze i każdy wie o co chodzi;)) to nie mogę się do niczego przyczepić. Nakłada się go bardzo dobrze, nie pyli się, a różowe części kosmetyku są bardziej zbite niż część rozświetlająca, przez co otrzymujemy bardzo subtelny odcień różu. Natomiast samo rozświetlenie jest dość mocne, jednak ja bez obaw "wymiksowane" wszystkie części nakładam na policzkach. I trzyma się cały dzień, o dziwo. Co prawda trochę blaknie i blask już pod koniec dnia nie jest ten sam jak jego początkiem, ale i tak efekt jest wciąż widoczny. Sunday Afternoon jest przy tym dość subtelny i szczerze powiedziawszy to wątpię, czy da się z nim przedobrzyć. Mi w każdym razie się to nigdy nie "udało";)


Patrząc na zdjęcia promocyjne nowej limitki MAC - Archie's Girl, wydaje mi się, że podobny efekt do Sunday Afternoon może dawać Veronica's Blush Pearlmatte Face Powder. Dlatego też go sobie na pewno odpuszczę, chociaż początkowo był na mojej wishliście. Teraz, z tej limitki, ciekawi mnie tylko błyszczyk Mall Madness... Głównie dlatego, że jeszcze się z podobnym nigdzie nie spotkałam...

A jak Wam się podoba nowa limitowanka MAC? (klik)


Na koniec jeszcze prośba o radę... Może któraś z Was będzie w stanie mi pomóc.. Od kilku dni wpadła mi w oko biżuteria Trollbeads... I poważnie myślę nad zakupem (o ile stypendium będzie;)). Stąd też się zastanawiam czy duże są różnice między różnymi egzemplarzami tego samego modelu i czy lepiej kupować w sklepie stacjonarnym, czy on-line też jest ok? A... I jeszcze... Czy sklep on-line a sklepy stacjonarne mają zupełnie różne promocje? Bo to mnie również ciekawi..
Gdyby któraś z Was znała odpowiedzi na nurtujące mnie pytania to byłabym wdzięczna za podzielenie się nimi ze mną:)

sobota, 9 lutego 2013

Nowe zakupy pandorowe z promocji walentynkowej...

Jakoś tak się składa, że ostatnio Wam ciągle jakieś moje nowe nabytki pokazuję. Jednak to są moje ostatnie zakupy i teraz przystępuję do serii postów-recenzji. W końcu też mam również przerwę po sesji i będę mieć czas dla Was oraz na trochę odpoczynku...

Teraz jednak o walentynkowej promocji Pandory, z której oczywiście skorzystałam. Już Wam o niej wspominałam... W dniach 8-14 lutego 2013 za zakup powyżej 399 zł otrzymacie srebrnego charmsa "Love", a za zakupy powyżej 449 zł dodatkowo pudełko na biżuterię w kształcie serca. Oczywiście promocja trwa do wyczerpania zapasów...

 Tak więc, oto moje zakupy:



Karoca oraz szkatułka są do mojej srebrnej bransoletki, natomiast czarne murano jest do czarnej skórki. Jeszcze jedno murano i moja skórkowa bransoletka będzie ukończona:) Do zapełnienia srebrnej jednak wciąż dużo brakuje...

 

A oto wspomniane dwa gratisy do zakupów: serduszko oraz pudełko. Na serce jeszcze do końca nie mam pomysłu.. Może będzie na jakąś nową bransoletkę;) Czerwone pudełko jest natomiast śliczne, bardzo ładnie wykończone i myślę, że powinno mi długo służyć. W środku oczywiście jest lusterko, co uważam za kolejny plus. Po prostu: badzo ładny gadżet:)


Z zakupów jestem bardzo zadowolona z jeszcze jednego względu: w galerii handlowej, w której kupowałam owe charmsy trwa (albo trwała, bo ciężko mi przewidzieć jak się stan od wczoraj zmienił;)) promocja, zgodnie z którą 200 pierwszych osób, które zrobią zakupy za minimum 250 zł, otrzymuje zaproszenie do teatru dla dwóch osób. Oczywiście udało mi się załapać, z czego się bardzo cieszę. Tym bardziej, że jest to bilet otwarty, na dowolnie wybrany spektakl, ważny aż do czerwca. No i jego wartość też nie jest mała, bo jak wiadomo bilety do teatru do najtańszych nie należą;)


niedziela, 3 lutego 2013

Wyniki rozdania!

Dziękuję Wam wszystkim za udział w rozdaniu! Bardzo żałuję, że nagroda jest tylko jedna i nie mogę Was wszystkich obdarować... Jednak na pewno nie jest to moje ostatnie rozdanie i mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się zorganizować kolejne... Tymczasem, paletka The Balm wędruje do...



mia.vico!


Gratuluję, już zbieram się za pisanie maila do Ciebie:)

Pozdrawiam!:)

sobota, 2 lutego 2013

Kosmetyczne oraz pandorowe nabytki styczniowe

 Wybaczcie, że mnie tu tak mało, ale niestety jak większość studentów, męczę się z sesją...Na szczęście jeszcze tylko tydzień... Tak więc gdy tylko sesja dobiegnie końca powinno być tu mnie więcej:)

W styczniu jednak korzystając z wszechobecnych wyprzedaży, znów poszalałam z zakupami...


 Na popularnej Truskawce (klik) udało mi się dorwać rozświetlający puder od firmy Korres (odcień WRP1) za jedyne 28 zł.. Co prawda nie powalił mnie on na tyle, żeby zapłacić za niego standardową cenę (około 100 zł), jednak za kwotę, którą ja zapłaciłam, jest całkiem niezły;) Nie podoba mi się w nim jedynie puderniczka... Jest taka.. duża, kanciasta i jak dla mnie po prostu brzydka;) Jednak więcej o nim będzie w osobnej recenzji...



 W Sephorze na wyprzedaży udało mi się dorwać mój pierwszy "kredkowy balsam do ust" (;)) od Clinique z różową kosmetyczką (przeceniony na 55 zł). Cóż tu dużo mówić... ten kosmetyk mnie urzekł tak bardzo, że wkrótce kupiłam kolejny kolor.  Do tego udało mi się wypatrzyć na stoisku wyprzedażowym jedną, jedyną sztukę prasowanych pryzm Givenchy - Acoustic Pastel. Jako że od wejścia kolekcji przykuły one mój wzrok oraz były przecenione na coś koło 140 zł, szybko je capnęłam i pognałam do kasy. Nie pokochałam ich co prawdą miłością równie wielką jak meteoryty, ale uważam, że są naprawdę niezłe i w żadnym wypadku nie żałuję wydanych pieniędzy.



Na allegro (u apteki internetowej) kupiłam kila pielęgnacyjnych kosmetyków. Głównym celem zakupów był tutaj krem przeciw niedoskonałościom od Sanoflore (za 40 zł). Do niego dobrałam krem do rąk z serii AA Eco oraz płyn micelarny Bioderma  Sebium H20. Były to bardzo udane zakupy, poniewać kremem Sanoflore oraz micelem jestem zachwycona.



Z ebay'a dotrała do mnie paczka z moimi trzema upragnionymi lakierami OPI: Casino Royale, Get Your Number (lakier dający efekt "płynnego piasku") oraz On Her Majesty's Secret Service (który na zdjęciu wyszedł okropnie buro, a w rzeczywistości jest cudownie wieloraki). Środkowego jeszcze nie miałam okazji przetestować, jednak dwa pozostałe uwielbiam!



Oczywiście musiałam również kupić meteoryty Perles du Paradis z najnowszej, wiosennej kolekcji. Co prawda kosztują niemało (274 zł;/), jednak jest ich aż 53 g (meteoryty z regularnej kolekcji mają "jedynie" 30g), więc tą cenę byłam w stanie przeboleć. Ich tonacja mi się bardzo podoba, jednak nie miałam jeszcze okazji sprawdzić, czy nie wybija się w nich róż, gdyż kupiłam je dopiero wczoraj. Ze spraw technicznych: puszek jest bardzo fajny, elegancki (bez porównania z brzydką standardową gąbką), jednak kartonowe pudełeczko zamiast standardowej blaszanej puszeczki jest dla mnie małym minusem. Chociaż nie ukrywam... wizualnie cieszy oko;)



W ciągu tego miesiąca kupiłam również kolejną szminkę MAC - Plumful. Fajny, dość mocny kolor. Jak pozostałe szminki tej firmy, tak i ta mnie nie zawiodła. Jak już wspominałam, zachwycona jakością grubaśnych kredek Clinique, skusiłam się na kolejną, tym razem z regularnej serii - Super Strawberry. Zdecydowanie te cuda są warte polecenia.



W styczniu rozrósł się także mój pandorowy zbiorek i prezentuje się on teraz następująco:



W dodatku wkrótce się on jeszcze powiększy, gdyż odłożyłam sobie w salonie jeszcze jeden charms oraz jednen koralik murano, by móc skorzystać z nadchodzącej promocji walentynkowej (za zakupy powyżej 399 zł - srebrny charms z napisami "Love, Amour" itd gratis, powyżej 449 zł - dodatkowo czerwona, sercowa, szkatułka gratis).



Na koniec... rozliczenie z postanowieniami noworocznymi z ubiegłego roku:

1. Kupować mniej kolorówki, która potem i tak w większości leży w koszyczku nieużywana, gdyż mi się nie chce malować;)
2. Regularnie zużywać moje zapasy pielęgnacyjne, coby robić miejsce na nowe rzeczy. Przede wszystkim zużyć wszystkie balsamy/masła do ciała, kremy do rąk oraz balsamy do ust, bo nad ilością tego powoli już nie panuję.
3. Kupować rozważniej lakiery oraz nie kusić się na niektóre z nich tylko dlatego, że mają ładną nazwę/opakowanie.


Cóż.... Hmmm... Zdecydowanie żadnego z nich nie udało mi się spełnić:P


Tak więc teraz zarządzam ban na zakupy kosmetyczne. Przynajmniej do końca miesiąca! Zresztą... okaże się w marcu czy będę mogła szaleć, bo wtedy zapewne będzie wiadomo czy załapałam się znów na stypendium....Chciałabym, oj, chciałabym;)



PS. Wyniki rozdania noworocznego opublikuję jutro, a już teraz dziękuję Wam wszystkim serdecznie za udział! Dzięki kochane:*