Obserwatorzy

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jeszcze trochę nowych nabytków, tym razem promocyjnych...

W ostatnim tygodniu udało mi się skorzystać z kilku promocji. Pierwsza z nich dotyczyła firmy Synesis. Dzięki facebookowi można było zdobyć bon na 70 zł do wykorzystania u nich (plus próbkę pudru). Bon już wykorzystałam i takim sposobem z moje ręce wpadł krem. I to nie byle jaki krem:


 Skusiłam się na krem odżywczy z 10 aktywnymi składnikami. Pierwsze wrażenie sprawił na mnie baaaardzo pozytywne. Coś co mnie w pierwszym momencie też zaskoczyło, to fakt, że opakowanie kremu jest porcelanowe. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się zwykłego, powszechnego plastiku. Jednak to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że krem ten jest dopracowany pod każdym względem. Zobaczymy jednak, czy faktycznie tak będzie...


 Inną promocją z której skorzystałam, było 50% rabatu na książki w sklepie internetowym wydawnictwa Znak. Jako że książek już dość dawno nie kupowałam (na półce zalega mi sporo nieprzeczytanych z powodu braku czasu), postanowiłam, że pora ten stan zmienić. Tak oto do mojego koszyka wpadły trzy książki:


Dwie (książki) mojego aktualnie ulubionego pisarza, Eric-Emmanuela Schmitta: Trucicielka oraz Intrygantki. Trzecią zaś dobrałam zupełnie na ślepo po wstępnym zapoznaniu się z recenzjami. Jest to książka Jeffreya Eugenidesa - Przekleństwa niewinności. Za nią zabrałam się w pierwszej kolejności... I cóż... Pochłonęła mnie tak, że jestem już w połowie... Eh... A miałam się przez weekend uczyć;)

piątek, 26 kwietnia 2013

Moje pierwsze spotkanie z rosyjskimi oraz niemieckimi kosmetykami...

O rosyjskich kosmetykach czytałam wiele. W większości były to bardzo pozytywne opinie. Tak więc przy okazji uzupełniania mojej kosmetyczki pielęgnacyjnej zdecydowałam się na wybór kilku rosyjskich cudeniek z oferty sklepu Kalina (KLIK!). Oto co wpadło w moje ręce:


 Głównym celem moich zakupów było serum zwężające pory z serii Organic Therapy. Do tego skusiłam się również na złoty scrub do twarzy. Na blogach czytałam również sporo dobrego o rosyjskich kosmetykach do pielęgnacji włosów, więc zdecydowałam się  na szampon oraz serum na porost włosów z serii receptur babuszki Agafii. Skusiły mnie także chusteczki oczyszczające z olejkiem shea, jednak okazało się, że nie są już dostępne, więc w zamian wybrałam cedrowe, których zapach niestety mnie nie przekonuje wcale...


 Tuż po zakupach "rosyjskich" zdecydowałam się na zakup produktów zupełnie przeciwnych, bo "niemieckich". W sklepie annacosmetik (KLIK) skusiłam się na następujące smakołyki:


 Głównym celem były oczywiście piaskowe lakiery P2, których swatche na blogach mnie urzekły. Jednak żeby nie były samotne podczas "podróży" dobrałam do nich balsam do ciała od Balei. Właśnie na paznokciach mam jeden z lakierów i powiem Wam, że jest absolutnie genialny. Jeśli tylko macie możliwość ich kupna to gorąco polecam:) Zrobiłam także specjalnie zbliżenie buteleczek, które trochę lepiej pokazuje ich urok (chociaż na żywo prezentują się jeszcze lepiej).




Miałyście kiedyś styczność z rosyjskimi/niemieckimi markami? Jakie produkty polecacie?:)

środa, 17 kwietnia 2013

Barwiące balsamy do ust w kredce, czyli Chubby Stick od Clinique

O grubaśnych kredkach do ust Clinique co jakiś czas słychać w blogosferze. Większość bloggerek uważa je za hit wśród kosmetyków do ust. Musiałam więc przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie są one takie świetnie... I cóż... Muszę przyznać: jak dla mnie są wprost genialne!


Balsamy Clinique zamknięte są w opakowaniach przypominających wykręcane kredki. Wzbudzają zainteresowanie i zdecydowanie przyciągają wzrok, a przecież to właśnie o to chodzi. Na każdej kredce z boku napisana jest nazwa koloru - ja, jak widzicie, mam Plumped Up Pink (zestaw z różową wstążką) i Super Strawberry. Balsamy są słabo napigmentowane, więc spokojnie maluję się nimi nawet bez lusterka. Oczywiście efekt można stopniować i uzyskać głębsze nasycenie. Trwałość wydaje mi się dobra, jak na tak lekki produkt - trzymają się spokojnie kilka godzin, a gdy już schodzą to równomiernie i nie rzuca się to w oczy. Przy tym, co bardzo ważne, nie wysuszają ust, a wręcz w moim przypadku rzeczywiście mają właściwości balsamu i lekko je nawilżają. No kurczę, choćbym chciała, to pod względem właściwości nie mam się do czego przyczepić - jak dla mnie to ideały:)


Powyżej możecie zobaczyć swatche na ręce i na moich średnio reprezentacyjnych ustach. Tak więc Plumped Up Pink to czysty róż. Przy nałożeniu kilku warstw może stać się dość mocny i lekko jaskrawy. Natomiast Super Strawberry to dla mnie kolor ciężki do określenia. Właściwie to jest to taki przybrudzony, herbaciany róż. Na moich ustach sprawuje się super, gdyż właściwie lekko podkreśla ich naturalny odcień.


Jedynym minusem tych balsamów jest cena - 79 zł. Muszę przyznać, że nie jest to mało. Jednak jak najbardziej polecam zaopatrzenie się w chociaż jedną tego typu kredkę przy wszelkiej okazji typu -20% czy -30%. Zawsze to jakaś oszczędność i ulga dla portfela.
Z tego co mi wiadomo to bardzo podobny produkt wypuścił też Revlon... Recenzje ich produktu również są raczej pozytywne. Chociaż mi bardziej pod względem koloru podobają się "kredki" Clinique, bo są słabiej napigmentowane;) Poza tym... cena Revlona też nie należy do najniższych;)


A czy Wy miałyście kiedyś do czynienia z produktami do ust tego typu? Jak Wasze wrażenia?:)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Klejuch z wyższej półki, czyli błyszczyk od Toma Forda

Marka Tom Ford kojarzyła mi się dotychczas tylko z ubraniami. Do czasu gdy buszując po ebayu natknęłam się na bļyszczyk tejże firmy o pięknym kolorze. Odcień, który mnie tak uwiódł, że mimo jego niemałej ceny (koło 90 zł) skusiłam się na zakup to Sahara Pink. Używam go dość sporadycznie przed dłuższy czas, więc mogę Wam dziś o nim co nieco powiedzieć.



Opakowanie tego błyszczyka bardzo przypadło mi do gustu. Jest ono bardzo eleganckie i wygląda na lekko luksusowe, co od razu sugeruje, że jest to kosmetyk z wyższej półki.  Złote wstawki oraz czarny kartonik w lekko wężowaty wzór tylko to wrażenie umacniają. W dodatku opakowanie jest bardzo  trwałe - kilka razy mi upadło a dalej jest w nienaruszonym stanie. Aplikator występuje tutaj w postaci pędzelka. Jest on jednak dość wąski i nabiera na siebie zbyt mała ilość produktu. Jeśli zaś chodzi o rozprowadzanie błyszczyka na ustach to spisuje się świetnie i nie mam mu nic do zarzucenia. Dodatkowo błyszczyk pięknie pachnie - dla mnie to taki lekko czekoladowo-ciasteczkowy aromat. Bardzo przyjemny dla nosa. Na ustach trzyma się  znośnie - jest w stanie przetrwać kilka ładnych godzin. Jednak największym minusem tego kosmetyku jest jego okropne klejenie się. Już dawno w mojej kosmetyczce nie gościł taki klejuch. Niestety, dla mnie to spora wada, dlatego też używam go sporadycznie. Gdy nie to byłoby to z pewnością jedno z moich ulubionych mazideł do ust, gdyż efekt, który daje na ustach, niezmiernie mi się podoba.



Sahara Pink to piękny przybrudzony jasny róż. Nie jest on jednak bardzo  jasny, przez co nie wygląda tandetnie.  U mnie na ustach daje efekt lekkiego rozjaśnienia i nadaje bardziej różowy odcień moim ustom. Przy tym cudnie się błyszczy tworząc na ustach "mokrą" taflę z kolorem. Co tu dużo gadać - uwielbiam ten kolor!

Jeśli ktoś byłby zainteresowany to poniżej wklejam zdjęcie ze składem tego błyszczyka.



Podsumowując:  gdyby nie to  klejenie to błyszczyk Toma Forda byłby jednym z moich najulubieńszych. Niestety, klei się niemiłosiernie, przez co zapewne nie skuszę się na inny odcień. Zresztą, z tego co mi wiadomo, firma ta i tak nie jest dostępna w Polsce, więc nie będzie mnie nigdzie kusić ;)

środa, 10 kwietnia 2013

OPI - Berlin There Done That

Ja się pytam: Gdzie jest ta wiosna? Za oknem szaro, ponuro i pada deszcz. Wstrętnie, krótko mówiąc. Tak więc by wpasować się w ten nastrój, na tapetę idzie dziś szaro-bury (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) lakier z niemieckiej kolekcji OPI. Tadadam.. Oto Berlin There Done That.


O aspektach technicznych tego lakieru nie napiszę nic nowego. Całkowite krycie dają dwie warstwy.. Trwałość wyśmienita, jak większości lakierów tejże firmy na moich paznokciach. Aplikacja oczywiście bezproblemowa - lakier nie smuży, pięknie rozprowadza się na płytce paznokcia. Schnięcie w normie, jednak ja i tak, zawsze na lakier nakładam Poshe lub inny topcoat...




 Berlin There Done That to lakier z gamy kolorów, które nazwano mianem "taupe". W zależności od światła raz wpada bardziej w brąz, raz idzie bardziej w stronę szarości. Bardzo elegancki, stonowany odcień. Idealny na każdą okazję - i do pracy i na randkę. Niby to taki typ lakieru, który chyba większość z nas ma w swoich zbiorach, a jednak mi się bardzo podoba i dla mnie jest w pewien sposób niepowtarzalny;)


Mam nadzieję, że wkrótce pogoda zrobi się bardziej wiosenna, wtedy z chęcią będę Was bombardować notkami z bardziej "żywymi" kolorami lakierów. Liczę, że już niedługo, bo bardzo tęsknię za słońcem i znośnymi temperaturami:)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rockowa paletka, czyli Balm Jovi od TheBalm

Kosmetyki kolorowe firmy theBalm to jedne z moich ulubionych. Jest to chyba też firma, która w moim kosmetycznym kuferku ma najliczniejszą reprezentację. Nie przypominam sobie, żeby jakikolwiek kosmetyk te firmy mnie zawiódł. W dodatku wszystkie mają takie piękne pin-upowe opakowania. Wręcz nie mogę się oprzeć zakupom kolejnych piękności firmy theBalm przy wszelkich promocjach w Marionnaud...

Tak więc przy ostatniej okazji (tj -30% na kolorówkę w M.) w moje ręce wpadła paleta Balm Jovi... W skrócie.. Z miejsca podbiła ona moje serce:)


Już z zewnątrz paletka prezentuje się świetnie. Trwałe, tekturowe opakowanie oczywiście z motywem rockowym - gitarą  w płomieniach. Na opakowaniu zawarte są wszystkie najważniejsze informacje, jak skład oraz wagę poszczególnych elementów paletki. Tak więc mamy tutaj po 4 g szminek i rozświetlacza, 2,8 g różu oraz łącznie 10,8 g wszystkich cieni. Jak więc widać, jej zawartość jest właściwie wystarczająca do wykonania prawie kompletnego makijażu.

 

Jak widać na zdjęciach paletka ma tak jakby dwa "skrzydełka", które zamykane są na magnes. Nie ma jednak żadnych obaw, że któraś część otworzy się sama z siebie... Mi się to nie przytrafiło. W głównym skrzydle, pod którym ukryte są wszystkie cienie oraz róż i rozświetlacz, umieszczono lusterko. Lusterko w kształcie serca umieszczono w pięknej, acz bardzo prostej oprawie, która jednak przypomina mi twórczość Eda Hardy'ego.



Uwagę przyciągają także nazwy poszczególnych cieni, które, jak łatwo się domyślić, inspirowane są różnymi rodzajami muzyki (od klasycznej po rocka;)). Mi osobiście najbardziej na pierwszy rzut oka podobała się część "klasyczna", jednak to w części "alternatywnego rocka"  i "heavy metalu" są moi faworyci... Zresztą... Obejrzyjcie swatche i wytypujcie swoich faworytów. Jestem ciekawa czy Wasze wskazania będą pokrywać się z moimi;)

L-P: The Stroke, Allegro, Iron Maid-in, Blink 1982, Adagio, Metal-ica

L-P: Third Eye Blinded, Presto, Alice Copper, rem, Moderato, Lead Zeppelin
Wszystkie cienie są bardzo dobrze napigmentowane, chociaż te bardzo jasne i bardzo ciemne odcienie są troszkę bardziej problemowe. Cienie są miękkie, pudrowe. Nie osypują się przy nakładaniu. Udawało mi się je nawet ładnie rozcierać, chociaż ja mistrzynią w makijażu oczu nie jestem wcale:P Z bazą na powiece trzymają się cały dzień. Jednak nawet bez bazy ich trwałość jest całkiem niezła, a co najważniejsze nie rolują się i nie zbierają w załamaniach.
Jeśli chodzi o kolory to według mnie są piękne. Moimi ulubieńcami są: Blink 1982, Adagio, Third Eye Blinded oraz Lead Zeppelin. Jedynym odcieniem, którego właściwie nie używam jest Metal-ica... Jakoś nie mogę przekonać się do tego typu odcieni. Ogólnie jednak kolory cieni są według mnie świetne i bardzo dobrze je tutaj dobrali.

L-P: pomadki Vanilly i Milly, róż, rozświetlacz
W przypadku szminek pierwsze co mnie zaskoczyło to średnie nasycenie ich koloru. Spodziewałam się, że odcień Vanilly to będzie bardzo ciemna, mocno kryjąca czerwień. Na szczęście tak nie jest. Pomadki bardzo lekko barwią usta, a efekt nasycenia koloru można spokojnie stopniować. W dodatku całkiem nieźle się trzymają na ustach (spokojnie ponad 5 godzin potrafią wytrzymać).
Róż Don't You Want Me? również mnie nie zawiódł.  Na policzkach prezentuje się wspaniale. Ma piękny, koralowo-brzoskwiniowy kolor. Jak same widzicie, jest naprawdę dobrze napigmentowany, jednak bez problemu pięknie rozciera się go na policzkach. Trwałośc też jest zadowalająca - co prawda całego dnia nie wytrzymuje, jednak 8 godzin pracy przeżywa bez uszczerbku.
Rozświetlacz Solid Gold jako jedyny element zestawu średnio mi przypadł do gustu. Jest naprawdę bardzo mocno napigmentowany i łatwo z nim przedobrzyć. Przy tym jest kolorystycznie bardzo podobny do Mary-Lou. Jednak jako że ja Mary-Lou już mam to średnio się akurat z tego, tak mocno napigmentowanego, rozświetlacza cieszę. Trwałość niestety też jest gorsza w tym wypadku niż u Mary-Lou - u mnie do 5-6 godzin. No ale cóż... By paletka była wszechstronna, rozświetlacza w niej zabraknąć nie mogło;)


Minusem Balm Jovi może być cena. Za taką przyjemność w perfumerii Marionnaud trzeba zapłacić około 140 zł. Dodatkowo obecnie może być ciężko z jej dostępnością. Ja swoją paletkę kupiłam już jakiś czas temu i po moich zakupach paletkowych na sklepie została tylko jedna sztuka... Czy od tego czasu były jakieś dostawy tego towaru? Szczerze wątpię, ale mogę się mylić;)


Dodatkowo, na koniec, dwie rzeczy związane z paletką. Pierwsza: dla zainteresowanych skład poszczególnych jej części:


Po drugie: ciekawa rzecz na "drugim skrzydełku" opakowania, pod którym ukryte są szminki - proponowane połączenia kolorystyczne



Post mi wyszedł strasznie długi, więc na koniec tylko jedno pytanie: Jak Wam się podoba Balm Jovi? Jak w ogóle zapatrujecie się na kosmetyki tej marki? Chętnie poczytam Wasze wypowiedzi - piszcie śmiało:)

sobota, 6 kwietnia 2013

Lekki zawód, czyli puder 3D od Clarins

Puder 3D od Clarins zachciałam mieć, gdy tylko zobaczyłam zdjęcia promocyjne. Co tu dużo gadać - poleciałam na wygląd ;) I.. cóż... troszkę się przy tym rozczarowałam.. Ale po kolei...


Puder przychodzi zapakowany w proste, czerwone pudełko. W środku dodatkowo samo opakowanie umieszczono w czerwonym welurku, co uważam za bardzo dobry pomysł.  W dodatku tego typu opakowania zawsze kojarzą mi się z dość luksusowymi markami, więc jest to jak najbardziej na miejscu.


W środku znajduje się złota puderniczka. Ona mi akurat średnio się podoba, gdyż widać na nim wszelkie odciski palców, a mnie to strasznie drażni. W dodatku otwieranie jej też nie jest takie proste i zawsze muszę używać paznokci do jej otworzenia co czasami skutkowało u mnie odpryskiem na lakierze. W środku natomiast znajduje się 9 g produktu, co według mnie jest ilością średnią, ale przy moim stosowaniu tego produktu, wystarczającą.



Jednak zawartość puderniczki mnie urzekła. Zresztą same oceńcie, czyż ta mozaika na pudrze nie jest piękna? Kojarzy mi się z pikselami i mnie urzekła. Dominuje tutaj beż, jednak widoczne są też fragmenty z różem czy jasnym fioletem. W środku puderniczki znajdziemy także dość duże lusterko, co zawsze uważam za pewien plus. Nie znajdziemy natomiast tu żadnego pędzelka czy gąbeczki do pudru. Chociaż może to i lepiej...


Powyżej możecie zobaczyć jak wygląda mix wszystkich kolorów obecnych w tym pudrze. Całkiem nieźle, jak mi się wydaje. Problem z tym pudrem zaczyna się dopiero na twarzy. Gdyż w moim przypadku jest on praktycznie niewidoczny. Ujawnia się tylko w bardzo dobrym świetle i jest to bardzo lekkie rozświetlenie. Takie ot, czasami coś widać, jeśli spojrzy się pod odpowiednim kątem. Z matowaniem skóry radzi sobie przeciętnie, a o tuszowaniu jakichkolwiek niedoskonałości, w moim przypadku, nie ma nawet co mówić.
Tak więc.. Po raz pierwszy chyba jestem lekko zawiedziona tego typu kosmetykiem. Liczyłam na dobre rozświetlenie i ten efekt 3D, cokolwiek by to miało znaczyć. Niestety u mnie niewiele z tego widać. Dlatego też używam tego pudru jedynie w słoneczne dni, bo tylko wtedy jestem w stanie zauważyć jego subtelne działanie.

Dla zainteresowanych wklejam skład:



Podumowując... Moim faworytem w kwestii rozświetlenia i ożywienia cery pozostają meteoryty. Chociaż muszę przyznać że prasowane pryzmy Givenchy też są całkiem niezłe. Jednak o nich kiedy indziej... Swoją drogą.. Zastanawiam się nad sypkimi pryzmami od Givenchy. Jeśli któraś z Was je stosowała niech podzieli się wrażeniami;)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Pandorowi emeryci, czyli dino i łabędź u mnie:) +trochę przemyśleń

Od jakiegoś czasu podobało mi się kilka pandorowych charmsów, które zostały już wycofane ze sklepów i ogólnie są ciężkie do zdobycia. Na ebayu osiągały one horrendalne ceny, więc nie zdecydowałam się na zakup. Traf chciał, że całkiem niedawno trafiłam na fejsie na grupę pandorowych maniaczek z całego świata, gdzie dziewczyny często sprzedają różnorakie charmsy. Akurat kilka dni po tym, jak zapisałam się do owej grupy pewna użytkowniczka miała na sprzedaż moje dwa upragnione,emerytowane charmsy: dinozaura i łabędzia.


Jak widzicie, nie wahałam się długo (tym bardziej, że razem za oba zapłaciłam 250 zł) i już dziś są one u mnie. Za bardzo jeszcze nie mam na nie pomysłu, jednak musiałam je mieć i nie mogłam przepuścić takiej okazji...


A propos ostatniej części zdania.. Ostatnio mnie tak wzięło na przemyślenia i ogólne podliczenie moich różnych "zbieranych" rzeczy.. Wiadomo, Pandora, móje nowe uzależnienie. Oprócz tego stampsy, których mam już 7 tarcz (ha, na każdy dzień tygodnia;)). Lakiery, wiadomo. W ilości zatrważającej. Następnie są róże do policzków.. Wszelkie pudry rozświetlające.. Szminki, balsamy do ust... Tych ostatnich mam mnóstwo, ale z tym staram się już ograniczać;)
Wszelkie wprowadzane limitowane kolekcje nie pomagają. Tak, wprowadzanie kolekcji limitowanych przez firmy jest bardzo sprytnym posunięciem.. W końcu same wiemy, jak działa na nas wszystkie słowo "limitowanka". Trzeba kupić to, co nam się podoba, bo potem będzie już niedostępne i będziemy żałować...


I tak siedzę i się zastanawiam czy ze mną i z moją manią kupowania jest naprawdę tak źle? Gdzie jest granica między "zakupoholizmem" a prawdziwym problemem zakupoholizmu? Czy kupujecie coś, co macie już w takiej ilości, że wstyd mówić?  Jestem bardzo ciekawa i liczę, że podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat:)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Piaskowy lakier, czyli OPI - Get Your Number

Na samym początku lekko spóźnione, jak zawsze, życzenia wesołych świąt dla Was wszystkich. Niestety pogoda nie dopisuje ( u mnie wczoraj chyba z 40 cm śniegu spadło) i jakoś nie czuję tej świątecznej atmosfery, tylko z utęsknieniem wypatruję wiosny.. Eh.. nie ma to jak możliwość oberwania w lany poniedziałek śnieżką;)

Jednak przechodząc do sedna sprawy,czyli hitowych (albo i nie) piaskowych lakierów. Oczywiście obecnie szał na to wykończenie trwa. OPI wkrótce wypuszcza kolejną piaskową kolekcję inspirowaną dziewczynami Bonda. Wiadomo.. z różnych stron piaskowe lakiery kusiły, więc takiej pokusie oprzeć się nie mogłam i w moje ręce wpadł kolor Get Your Number.


Standardowa butelka OPI tym razem została ozdobiona folią na nakrętce, na której widnieje nazwa wykończenia tego lakieru. Podejrzewam, że spokojnie można ją ściągnąć, jednak mi jakoś ona nie przeszkadza, więc ją zostawiłam. Nie wiem dlaczego, ale zakładałam, że lakier ten będzie bardzo słabo krył, jednak zostałam miło zaskoczona - satysfakcjonujące krycie uzyskałam po dwóch warstwach. Jednak niewykluczone, że w przypadku dłuższych paznokci trzy warstwy będą koniecznością. Lakier bardzo dobrze się rozprowadza a przy tym dość szybko schnie. Trzeba jednak uważać, bo często, chociaż wygląda na to, że lakier na paznokciu już wyschnął, to tak jednak nie jest i można sobie lekko zniszczyć efekt swojej pracy. Powierzchnia pomalowanego paznokcia staje się lekko chropowata, jednak nie na tyle, by zahaczać o wszystko i przeszkadzać w normalnych czynnościach. Jeśli chodzi o trwałość, to niestety na moich paznokciach jest ona kiepska - wytrzymał niecałe dwa dni. Myślę, że z topem wytrzymałby dłużej, jednak efekt nie byłby ten sam...


Gdy tylko dotarł do mnie ten lakier i zobaczyłam jak pięknie się on mieni w buteleczce byłam zachwycona. Po cichu liczyłam, że tai sam efekt uda się mi uzyskać na paznokciach. Niestety, jest to niemożliwe. Owszem, kolor jest dokładnie taki, jakiego oczekiwałam : ładny, czysty, lekko ciemny niebieski. Jednak niestety, w słońcu nie mieni się on tak pięknie jak w opakowaniu. Są drobiny, które ładnie odbijają światło, jednak ich ilość na paznokciach nie jest jakaś powalająca. Jednak nie uważam tego za jakąś wadę - w końcu nie o odbijanie światła i zmianę koloru w tym lakierze chodzi;)

Szczerze powiedziawszy, to nie wiem do końca co sądzić o tego typu wykończeniu. Na kimś mi się bardzo podoba. Jednak na sobie nie jestem do końca do niego przekonana. Niewykluczone, że skuszę się jeszcze kiedyś na inny odcień (ah, marzy mi się Stay The Night) i to on pozwoli mi podjąć decyzję czy piaskowy efekt to dla mnie hit czy kit;)


A jaki Wy macie stosunek do piaskowego wykończenia w lakierach do paznokci? :)