Obserwatorzy

czwartek, 31 maja 2012

Perfecta EpiLady - S.O.S. łagodzący krem po depilacji

Dzisiaj przedstawiam Wam przedostatni kosmetyk, który otrzymałam do testów od portalu urodaizdrowie.pl .  Firma Perfecta jest mi bardzo dobrze znana z widzenia, jednak nigdy nie miałam okazji testować żadnego ich produktu... Aż do ostatniego miesiąca....

 

Krem zamknięty jest w miękkiej, dość sporej bo aż 150 ml tubce, która ma dość szeroką nakrętkę, dzięki czemu stoi na półce dość stabilnie. Szata graficzna opakowania średnio mi się podoba - zwłaszcza ta Pani z nogami wyciągniętymi do góry niezbyt mnie przekonuje;)
Sam krem ma bardzo ładny zapach, lekko kwiatowy. Jego konsystencja jest bardzo fajna: lekka, dobrze się rozsmarowuje. Dzięki temu zanosi się na to, iż produkt ten starczy mi na dość długi czas.
Jednak jak zawsze w przypadku wszelakich kosmetyków, tak i tutaj najważniejsze jest działanie oraz spełnianie obietnic producenta. W moim przypadku ta najważniejsza, czyli opóźnienie odrostu włosków, nie została, póki co, spełniona. Jednak niewykluczone, iż wynika to z faktu, że po prostu za krótko ten krem stosuję, by oczekiwać takich rezultatów.... Co mi się zaś bardzo w tym kremie spodobało, to to, że naprawdę świetnie koi on podrażnioną skórę. O ile na początku obawiałam się, że tylko będzie pogarszał jej stan, tak od razu po pierwszym użyciu, w moim wypadku, okazało się, że naprawdę pomaga on mojej cierpiącej skórze. Patrząc na skład, sama do końca nie rozumiem jak to możliwe, a jednak... cuda się zdarzają;)
Cena: obstawiałabym, że jego cena oscyluje w granicach 8-10 zł, jednak nie dam sobie za to ręki (ani niczego innego;)) uciąć.


Podsumowując, o dziwo, jestem  w miarę zadowolona z tego kremu. Świetnie koi podrażnienia, jednak, jak wspominałam, główna obietnica producenta w moim wypadku nie została jak na razie spełniona. Chociaż kto wie, może po dłuższym czasie stosowania to ulegnie zmianie...

środa, 30 maja 2012

Sylveco łagodzący krem pod oczy

Dzisiaj recenzja produktu, który dostałam w ramach współpracy od portalu urodaizdrowie.pl . Krem ten testowałam ponad miesiąc, właściwie codziennie, więc myślę, że spokojnie mogę już o nim kilka słów napisać...

 

Buteleczkę z kremem otrzymujemy dodatkowo zapakowaną w kartonowe opakowanie, na którym znajdziemy multum informacji o składzie, sposobie użycia itp. Według mnie, takie dodatkowe opakowanie jest dobrym rozwiązanie, zarówno dla kosmetyków kolorowych jak i pielęgnacyjnych. To właśnie dzięki niemu właściwie opakowanie kosmetyku wygląda bardziej reprezentatywnie, gdyż nie uderza nas natłok informacji na nim umieszczonych.  

 

Oprócz tego w środku znajdziemy ulotkę, która także zawiera w sobie informacje, wcześniej przekazane już na kartonowym opakowaniu. Dodatkowo, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, znajdziemy tutaj także cały skład produktu przetłumaczony na nasz rodzimy język.

 

Krem pod oczy zamknięty jest w poręcznym, skromnym opakowaniu z dozownikiem - pompką. W środku znajdziemy 30 ml produktu, więc całkiem sporą ilość, jak na produkt przeznaczony do pielęgnacji, bądź co bądź małych (powierzchniowo), okolic oczu. Szczerze powiedziawszy to zawsze obawiam się produktów z jakimikolwiek pompkami. Zawsze mam wrażenie, że będą one sprawiać kłopoty i tylko utrudniać dozowanie kosmetyku. W tym wypadku jednak moje "pompkowe obawy" nie znalazły uzasadnienia. Dozownik działa świetnie. Nie zacina się oraz umożliwia wydostanie różnej, zależnie od potrzeb, ilości produktu .

 

Konsystencja kremu Sylveco wydaje się dość lekka, a jednak jest zaskakująco treściwa. Formuła kosmetyku teoretycznie jest bezzapachowa, jednak ja wyczuwam delikatny zapach który ciężko mi określić. Kojarzy się mi on z takim polnym/łąkowym aromatem. Bardzo mi się podoba i jakoś idealnie mi do tego kosmetyku pasuje. Właśnie zapachu w podobnym stylu się spodziewałam. Krem wchłania się dość wolno i szczerze powiedziawszy nie miałam okazji sprawdzić, jak spisuje się z wszelakimi korektorami pod oczy. Jednak niestety wydaje mi się, że może być z tym kiepsko... Chociaż, kto wie...;)
Przechodząc jednak do najważniejszego, czyli do działania... Muszę przyznać, że jestem tym kremem oczarowana. Co najważniejsze: świetnie nawilża on moją skórę pod oczami. Przy tym czuć takie lekkie napięcie skóry, jednak jest to dla mnie całkiem przyjemne uczucie. Moich cieni co prawda nie udało się mu zmniejszyć, jednakże jest to zadanie niewykonalne w moim wypadku (taka już ma uroda;)). Co mi się też bardzo w tym kremie spodobało to fakt, iż świetnie koi skórę pod oczami, co mnie totalnie zaskoczyło, gdyż myślałam, że takie właściwości mają tylko kosmetyki w formie żelowej.
Cena: ok. 25 zł.


Podsumowując: Gorąco polecam. Jeden z nielicznych produktów, w których nie widzę właściwie żadnych wad. No dobra... Jest jedna: przez rodzaj opakowania nie jesteśmy w stanie stwierdzić ile produktu w środku pozostało i pewnego dnia może nas czekać niemiła niespodzianka pt "O kurczę, pusto!". Sama aż się boję dnia, w którym ten moment nastąpi...

niedziela, 27 maja 2012

Golden Rose lakier magnetyczny nr 03

W tym tygodniu mam mały poślizg z postami... Niestety, sesja zbliża się nieubłaganie, a tuż przed nią oczywiście pełno zaliczeń... Jednakże myślę, że w czerwcu będzie mnie tu trochę więcej pomimo tych niedogodności;)

Produkt, który dziś chcę Wam przedstawić to właściwie ostatni produkt, który dostałam od Golden Rose i którego nie zrecenzowałam dotychczas... Szczerze powiedziawszy to wręcz odwlekałam użycie tego lakieru, gdyż mój pierwszy lakier magnetyczny (China Glaze) trochę mnie zawiodł. Na szczęscie lakier Golden Rose mnie nie rozczarował.


 Lakier zamknięty jest w prostokątnej buteleczce z białą zakrętką. Całość, w sensie lakier + magnes, znajduje się w prostym kartonowym opakowaniu, na którym znajdziemy także wszystkie ważne informacje. Lakieru jest 11 ml i jego ważność to 8 miesięcy od daty otwarcia. Jego konsystencja jest dość gęsta, jednak nie jest to uciążliwe w malowaniu. Pędzelek też jest całkiem przyjemny, średnio gruby. Jedyne co mi się niezbyt spodobało to fakt, iż dość długo schnął.... Dłużej niż większość moich lakierów... Jednak da się to przeboleć:)
Jeśli zaś chodzi o efekt, który daje to jestem naprawdę zadowolona. Paski od magnesu tworzą się dość szybko i są bardzo dobrze widoczne. Na moich zdjęciach na wszystkich paznokciach oprócz palca serdecznego widzicie dwie warstwy lakieru (na serdecznym trzy). Sam kolor lakieru ciężko mi określić. Według mnie to fiolet ze srebrnymi nutami. Jak widzicie wzory powstające na lakierze są ciemniejszego koloru niż "baza" lakieru.
Cena: 16,90 zł (na stronie dystrybutora do końca maja są w promocji i kosztują 13,50 zł - klik )

Podsumowując, jestem z tego lakieru zadowolona. Bezproblemowo się go używa i przy tym daje bardzo ładny efekt, który zaskakuje naprawdę wiele osób:)

sobota, 26 maja 2012

Parę słów o próbkach szminek Golden Rose....

Dzisiaj króciutki post, albowiem tyczy się on próbek szminek, które dostałam w pakiecie testerki od firmy Golden Rose (klik!).


Próbki szminek dotarły do mnie zapakowane w kolorowy kartonik, przypominający wyglądem ulotkę. W opakowaniu znalazłam dołączony do nich pędzelek, który jak dla mnie jest jednak kompletnie nieprzydatny. Jak widzicie na zdjęciach w opakowaniu znajdowały się cztery szminki : dwie o wykończeniu kremowym, jedna o wykończeniu metalicznym i jedna z drobinkami.
Moim faworytem jest czerwona kremowa szminka. Przede wszystkim ma piękny odcień. Dodatkowo całkiem nieźle trzymała się na ustach i równomiernie z nich schodziła. Myślę, że gdybym nosiła tak mocne kolory szminek, to zdecydowałabym się na pełnowymiarowy egzemplarz.
Szminka o wykończeniu "shimmering"  też jest całkiem ciekawa. Troszkę szybciej się ona jednak u mnie ścierała. Nie jest to jednak szminka dla mnie, gdyż nie lubię tego typu wykończenia...
Szminka o metalicznym wykończeniu w żadnym wypadku nie jest dla mnie stworzona. W tego typu odcieniach, a dodatkowo w takim wykończeniu, wyglądam tragicznie. Jednak dobrze się trzyma (co prawda testowana tylko w warunkach domowych) i miała dobrą pigmentację.
Odcieniem, który mnie totalnie zawiódł, a którego typowałam na faworyta, jest owy ładny, dość jasny, cielisto-różowy kremowy odcień. Przede wszystkim, w moim wypadku, zbierał się on w każdym załamaniu ust, co wyglądało tragicznie. Poza tym jej krycie także pozostawiało wiele do życzenia. Pozostałe aspekty używania były ok.

czwartek, 24 maja 2012

Golden Rose róż Terracotta nr 07

Dzisiaj przedstawię Wam kosmetyk, który sama wskazałam, że to właśnie go chciałabym najbardziej przetestować. Oczywiście musiał być to któryś z róży, zgodnie z moją nową manią. Róże Terracotta od jakiegoś czasu mnie bardzo ciekawiły, głównie ze względu na ich ciekawą strukturę oraz niezwykłe kolory. Byłam więc bardzo ciekawa, jak tego typu róż sprawdzi się u mnie. I wiecie co? Sprawdził się nad wyraz dobrze i jestem bardzo z niego zadowolona. Ale po kolei....

 

Jak widzicie na zdjęciach róż zamknięty jest w prostym, plastikowym opakowaniu z przeźroczystym wieczkiem. Przyznam się, że na początku wydawało mi się ono liche i mało odporne, jednak jeden upadek na podłogę bez żadnego uszczerbku przeżyło, więc moje pierwsze wrażenie było raczej mylne. Wieczko otwiera się bez problemu - wbrew pozorom to jest dla mnie ogromny plus, gdyż nienawidzę się męczyć z otwarciem opakowania minutami:P Róż jest bezzapachowy. W opakowaniu znajdziemy 4 g produktu.
Odcień Terracotty, który ja posiadam to bardzo jasny róż z mnóstwem drobinek. Drobinki te na szczęście nie są nachalne i nie rozłażą się po całej twarzy... Myślę, że ładnie odbijają światło i w niczym nie przypominają "tandetnego" brokatu... Efekt, który dzięki niemu otrzymałam na policzkach dodawał mojej cerze zdrowego, subtelnego blasku.
Co się zaś tyczy używania owego różu... Jak możecie zauważyć na zdjęciach, całe wieczkoopakowania jest pokryte cienką warstwą drobinek w nim występujących. Niestety w przypadku ciągłego przenoszenia go z miejsca na miejsce jest to nieuniknione. Na szczęście przy nakładaniu go na policzki, nie zauważyłam, żeby się jakoś bardzo osypywał, czy pylił.
Trwałość produktu jest jak dla mnie zadowalająca... Co prawda całego dnia nie wytrzyma, ale tak z 6 godzin w bardzo dobrym stanie się u mnie utrzymuje. Oczywiście, gdy zaczyna schodzić z policzków, to najpierw zanika kolor, a na samym końcu powoli znikają drobinki, które w sobie zawiera....
Cena: 23,90 w sklepiku Golden Rose (klik!)


Podsumowując: polecam. Mi bardzo produkt przypadł do gustu, chociaż wydaje mi się dość drogi. Tym bardziej, że Golden Rose zawsze kojarzyło mi się z troszkę tańszymi kosmetykami. Jednakże uważam, że jest warty swojej ceny i gdy tylko będę mieć troszkę więcej niespożytkowanej gotówki, wówczas zapewne skuszę się na inny egzemplarz z tejże serii:)

wtorek, 22 maja 2012

Golden Rose odżywka z wapniem i proteinami mleka

Właściwie to za bardzo nie wiem dlaczego ten produkt znalazł się akurat w mojej paczce testerki, gdyż moje paznokcie są w dobrym stanie i w ankiecie także to uwzględniłam... Jednak jak już ową odżywkę dostałam i przez dłuższy czas stosowałam, to wypadałoby kilka słów o niej napisać. Jednak od razu zaznaczam, że moje paznokcie nie sprawiają już właściwie żadnych problemów, więc właściwie odżywka ta nie miała w moim wypadku możliwości się wykazać....


Odżywka zamknięta jest w prostokątnej buteleczce z białą, również prostokątną nakrętką. W środku znajdziemy 12 ml produktu. Pędzelek jest bardzo fajny, dobrze się nim maluje. Konsystencja też jest w porządku, produkt bardzo szybko wysycha.
Coś co mi się bardzo podoba w tej odżywce, to efekt, który daje ona na paznokciach. Jak widzicie na zdjęciu (wybaczcie masakryczne skórki:)) daje ona efekt takiej mlecznej poświaty. Mi się on bardzo podoba i dzięki temu, jest to jedna z niewielu odżywek, którą przez dość długi czas nosiłam zupełnie solo. Czasami nakładałam na nią lakier, co na szczęście nie kończyło się odbarwieniem płytki paznokci.
Co do działania tejże odżywki... Jak już wspomniałam: ciężko mi go ocenić ze względu na dość dobry stan moich paznokci. Zapewnić mogę o jednym - odżywka nie sprawiła, że stan ten się zmienił. Zawsze jest to jakiś plus, gdyż "odżywek" , które zamiast pomagać szkodzą, myślę, że na naszym rynku znajdziemy wbrew pozorom całkiem sporo;)

niedziela, 20 maja 2012

Golden Rose preparat przyśpieszający wysychanie lakieru

Nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę czekać więcej niż kilka(naście) minut na wyschnięcie lakieru. Chociażby na takie pozwalające na wykonywanie prostych nieinwazyjnych czynności. Dlatego też kiedy zobaczyłam ten preparat w mojej paczuszce od Golden Rose byłam go bardzo ciekawa. W dodatku akurat mam na wykończeniu Poshe Topcoat, więc po cichu liczyłam, że może ten spray mi godnie go zastąpi. Czy jednak tak się stało?


Jak zawsze zacznę od aspektów wizualnych i technicznych tego produktu...
Wysuszacz zamknięty jest w zgrabnej buteleczce ze sprayową końcówką. W środku znajdziemy aż 55 ml preparatu, ważne przez 18 miesięcy od otwarcia. Nie mam żadnych zarzutów wobec funkcjonalności opakowania, gdyż wszystko działa jak należy.
Wysuszacz ma bardzo ładny zapach - dość silnie wyczuwam tutaj migdałowe nuty (znikające jednak niestety dość szybko) z domieszką jakichś innych, których nie jestem w stanie zdefiniować. Konsystencja wysuszacza jest bardzo oleista i przy rozpylaniu kosmetyku na paznokcie, brudzi się przy okazji sporą przestrzeń dookoła...
Przechodząc do działania tego specyfiku, może zacznę od tego, że jest to, jak sama nazwa wskazuje jego celem jest wysuszenie lakieru. Muszę przyznać, że pod tym względem spełnia on swoje zadanie - lakier błyskawicznie wysycha. Jednakże... nie jest to równoznaczne z tym, że lakier na paznokciu jest całkowicie twardy i można wykonywać już normalnie większość czynności. Wręcz przeciwnie - wydaje mi się, że dzięki niemu lakier jest podatny na wszelkie odkształcenia przez dłuższy czas, niż gdybym tego preparatu nie zastosowała. Na szczęście nie zauważyłam, żeby wysuszacz przesuszał moje skórki.. Nie dostrzegłam natomiast też żadnego spektakularnego ich nawilżenia. Nie zauważyłam także, by jakoś przedłużał trwałość lakieru, jednak producent nigdzie nie wspomina o tym, jakoby miał to zapewniać.
Cena preparatu na stronie Golden Rose to 17,90 zł.


Podsumowując... Na podstawowe pytanie, czy kupiłabym ten produkt, muszę odpowiedzieć : nie. Wynika to z faktu, iż ja potrzebuję natychmiastowego wysuszenia oraz przede wszystkim utwardzenia lakieru, co mogą mi dać właściwie jedynie topcoaty w formie lakierowej, nie żadne preparaty w sprayu.... Do końca  nie wiem zbytnio co sądzić o tym produkcie. Niby obietnice producenta są właściwie spełnione, jednak nie jest to to, czego oczekiwałam. Cóż... może miałam zbyt duże wymagania... Jednak z drugiej strony... Po co komuś preparat, który owszem, wysusza lakier, ale go nie utwardza? Ja nie widzę dla niego u siebie zbytnio zastosowania....

środa, 16 maja 2012

Joanna - Naturia szampon z odżywką

Jakiś czas temu pokazywałam Wam paczkę z kosmetykami do testowania, którą otrzymałam od portalu urodaizdrowie (klik!). Większość produktów z tejże paczki aktualnie intensywnie testuję, ale przynajmniej o jednym z nich mogę już się wypowiedzieć. Jest nim szampon z odżywką do wszystkich rodzajów włosów z serii Naturia od firmy Joanna.


Szampon zamknięty jest w ogromnej, 500 ml butli. Opakowanie jest solidne, nie ma się problemów jego otwarciem. Jedyne co mnie denerwuje to to, iż zakrętka bardzo głośno się otwiera...
 Ma bardzo ładny, świeży zapach. Z czymś mi się on kojarzy, jednak nie mogę sprecyzować z czym...
Jak widzicie na zdjęciu szampon ma białawą, dość gęstą konsystencję. Nihil novi pośród szamponów. Szampon ten bardzo dobrze się pieni, dzięki czemu taka ogromna butla starczy mi naprawdę na sporo czasu...
Teraz przechodząc do działania... Jest to szampon z odżywką, więc oczywiście producent obiecuje cudowne rezultaty. Szczerze powiedziawszy, to wobec szamponów z odżywkami nie mam jakichś wygórowanych wymagań. Wiem, że nie będą one raczej działać tak jak normalny szampon, a po nim nałożona odżywka.
Produkt ten przypadł mi do gustu. Włosy po nim są bardzo dobrze oczyszczone, a przy tym się nie plączą niemiłosiernie, co dla mnie jest bardzo ważne w przypadku szamponów.  Włosy są także puszyste i bardzo miękkie w dotyku. Nie zauważyłam natomiast by się jakoś bardziej błyszczały. Na duży plus jest także to, że szampon ten odrobinkę przedłużył świeżość moich włosów - normalnie myję włosy codziennie, a tutaj raz na jakiś czas pozwalam sobie, by myć je co drugi dzień...
Niestety nie znam ceny sklepowej szamponu, jednak myślę, że oscyluje ona w granicach 7-10 zł, co wydaje mi się bardzo dobrą ceną, jak za taki produkt.


Od jakiegoś czasu staram się także zwracać uwagę na to, czy produkt, który kupuję nie pochodzi czasem od firmy testującej na zwierzętach. I tutaj także dobra wiadomość, gdyż  firma Joanna nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach.

wtorek, 15 maja 2012

The Balm-owe nowości w mojej kosmetyczce...

Dziś był ostatni dzień promocji w Marionnaud, a jako że nastąpił u mnie "niespodziewany", chwilowy, drobny przypływ gotówki, z samego rana wybrałam się na zakupy. Jako, że już zawartość standu The Balm w moi M. znam już chyba na pamięć, dokładnie wiedziałam po co tym razem jadę. I to po co przyjechałam, czekało na mnie tuż przy wejściu. Oto i moje nowe nabytki:


Z tego co widziałam, to cena regularna wszystkich zestawów z firmy The Balm to 99 zł. Zestaw, na który się skusiłam nazywa się Oh So Versatile i zawiera w sobie bronzer Bahama Mama, róż Hot Mama oraz Stainiac (błyszczyko-róż). Oprócz niego były dostępne jeszcze zestawy z rozświetlaczem Mary-Lou, pędzlem kabuki, lakierem i błyszczykiem. Był też zestaw, w którym główne skrzypce grał rozświetlacz Betty-Lou oraz taki z cieniem do powiek, lakierem i dwoma mazidłami do ust. A, był jeszcze zestaw z balsamem (?) do demakijażu oraz maskarą i cieniem do powiek. Wszystkie wyżej przeze mnie wymienione zestawy były w moim M. przecenione o 50%. Tak więc okazja, jak same widzicie, niemała.
Właściwie to nie wiem, czy skusiłabym się na zestaw, gdyby nie to, że bardzo chciałam róż Hot Mama, a pojedynczo był on u mnie niedostępny. Bronzer Bahama Mama w ogóle mnie nie interesował i już zgłosiły się dobre ręce do jego przygarnięcia. Natomiast Stainiac... Toż to jakieś dziwne cudo. Okaże się, jak się będzie sprawować.
I takim oto sposobem moja "TheBalmomania" jest coraz większa. Jednak pociesza mnie to, że na mojej wishliście został jeszcze jedynie Frat Boy, kolejny błyszczyk, Time Balm.... i okaże się co jeszcze. Jak Marionnaud będzie dalej robić takie promocje to na pewno na tym się nie skończy;)

sobota, 12 maja 2012

Balsam do ciała z Lawendowej Farmy + dwa nowe oczka w głowie;)

Wybaczcie, że mnie tyle nie było, ale miałam dość intensywny tydzień na uczelni. Jednak od tego tygodnia myślę, że będzie spokojniej, więc notki powinny znów pojawiać się tutaj regularnie:)

Jakiś czas temu dokonałam swoich pierwszy zakupów z Lawendowej Farmy (KLIK!). Dziś chciałabym Wam w skrócie opowiedzieć o produkcie, który już prawie wykończyłam, czyli o balsamie do ciała o wdzięcznej nazwie "Dotyk Motyla"


W prostym, aptecznym opakowaniu otrzymujemy 50 g produktu. Ma bardzo ładny i delikatny zapach - nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się lekko cytrusowy. Może to być jednak jakieś moje małe cytrusowe zboczenie;). Przy rozpoczęciu jego używania balsam wydawał mi się strasznie twardy, jednak teraz jest niesamowicie miękki. Jest też dość tłusty i treściwy. Właściwie to właśnie przez to jest mało wydajny. Nie nadaje się więc zbytnio do codziennego stosowania na całe ciało, a raczej do okazjonalnego stosowania na przesuszone miejsca. Nie wchłania się całkowicie, w przeciwieństwie do większości balsamów, a pozostawia na skórze natłuszczającą warstwę. Bardzo dobrze nawilża skórę. W porównaniu do pojemności, cena nie jest niska (9,50 zł), jednak jeżeli ktoś ma problemy z przesuszonymi miejscami, to myślę, że warto zainwestować;)


Jakieś dwa dni temu dostałam smsa od Marionnaud z informacją, iż na wybrane produkty do makijażu jest -50% , a na pozostałe -20% z tymże smsem. Oczywiście dziś musiałam pojechać i sprawdzić, czego owa -50% obniżka się tyczy..


Jak widzicie skusiłam się na słynny już rozświetlacz Mary-Lou Manizer. Zgarnęłam z półeczki ostatnią sztukę, ze którą zapłaciłam tylko 30,50 zł. Właściwie to chciałam kupić róż Frat Boy, jednak go nie było. Myślałam, że jak go nie będzie, to skuszę się na Hot Mamę. A tu co? Też jej nie ma. Tak więc wybór padł na rozświetlacz, który był dostępny i zajmował następne miejsce na mojej liście. Jestem nim tak zachwycona, że non stop biorę go w ręce i go podziwiam. Takie śliczne cacuszko;)
Na zdjęcie załapał się także mój nowy róż z najnowszej kolekcji Inglota nr 69. Ten śliczny, bardzo intensywny róż od razu skradł moje serce kolorem, a następnie powalił mnie na kolana świetną pigmentacją. I wiecie co? Mam ochotę na więcej. W planach mam już kupno trzech innych róży oraz kasetki na całą tą uroczą ferajnę:)


Na koniec tak jeszcze taka mała dygresja... Marionnaud zdecydowanie wysunął się na przód listy moich ulubionych drogerii/perfumerii. Nie dość, że jako jedyni w Polsce mają kosmetyki tak świetnej firmy jak The Balm, to w dodatku mają je w naprawdę przystępnych cenach. Tak, że po przeliczeniu na złotówki produktów z amerykańskiej strony, wychodzi na to, że są one droższe niż u nas. A to się rzadko zdarza. W dodatku Marionnaud z tego co zauważyłam bardzo często ma różne korzystne promocje. No bo nie ukrywajmy, 50% rabatu to jest naprawdę dużo. No i obsługa w moim Marionnaud jest na najwyższym poziomie. Panie zawsze są miłe, uśmiechnięte, skore do pomocy, a przy tym nie nachalne, co się rzadko zdarza. Chociaż muszę przyznać, że po pierwszej wizycie w tym sklepie miałam zgoła odmienne zdanie;)
No i mają też różne programy premiowe dla stałych klientów, dzięki którym można np. dostać bodajże 35 zł bon na zakupy.
Jedyne czego mi brak, to próbki. W Douglasie i Sephorze zawsze jakieś dają. Tutaj jednak tego nie ma. Jednak nie narzekam, gdyż nie można mieć wszystkiego;)